10.04.2026

Kiedy trawa usycha, a słowo Boga trwa


 Drodzy, może nie wszyscy wiedzą, ale 1 kwietnia 11 dni temu zmarł mój młodszy brat. Pogrzeb odbył się 4 kwietnia w jego urodziny, skończyłby 47 lat. Odszedł do wieczności bardzo szybko, bo od chwili kiedy pojawiły się objawy złego samopoczucia, do śmierci minęło może kilka, kilkanaście minut – nic wcześniej tego nie zapowiadało. Marcin Czytał rano Biblie przed pracą jak zawsze miał w zwyczaju i zdążył powiedzieć do swojej żony, że jest mu duszno i że ręka mu zdrętwiała oraz wpisał wyszukiwarkę internetową czego to mogą być objawy, a następnie powiedział jeszcze, żeby jego żona zadzwoniła po karetkę. Po tych słowach upadł tracąc przytomność. Gdy przyjechała karetka godzinę go reanimowano, ale nie wrócił już do życia. Okazało się, że zmarł na rozległy zawał z zatorem. Dla nas wszystkich to jest wielki szok, tym bardziej, że mój brat wcześniej nie chorował na serce.

Więc jesteśmy wszyscy tym zaskoczeni, wręcz zszokowani, ale czy powinniśmy, czy Biblia nie mówi, że nasze życie jest bardzo kruche i tymczasowe i że należy być w każdej chwili przygotowani na spotkanie z Bogiem. Ta sytuacja uświadomiła mi jeszcze bardziej jak bardzo nieprzewidywalne jest nasze życie i jak prawdziwe jest Słowo Boże mówiące o Jego kruchości i wzywające nas do zaufania Bogu, naszemu Zbawicielowi, by w Nim szukać naszego bezpieczeństwa i oparcia dla naszej przyszłości.

Śmierć mojego brata i jego przykład skłonił mnie, by więcej uwagi dzisiaj poświęcić przemijalności naszego życia i konieczności zadbania, by przygotować się na spotkanie z naszym Zbawicielem.

Niech posłuży nam do dzisiejszej refleksji tekst z Księgi Izajasza

Izajasza 40:6  Głos mówi: Zwiastuj! I rzekłem: Co mam zwiastować? To: Wszelkie ciało jest trawą, a cały jego wdzięk jak kwiat polny.

7  Trawa usycha, kwiat więdnie, gdy wiatr Pana powieje nań. Zaprawdę: Ludzie są trawą!

8  Trawa usycha, kwiat więdnie, ale słowo Boga naszego trwa na wieki.

Izajasz kieruje te słowa do Izraela, gdy Izrael przebywa w niewoli Babilońskiej. Patrząc na potęgę Babilonu w tamtym czasie i beznadzieje Bożego ludu w jakiej się znaleźli, świątynia spalona, miasta zniszczone można było pomyśleć, że nie ma już żadnych szans na wyzwolenie i odbudowę narodu. Jednak prorok mówi, że Boży lud nie powinien patrzeć na potęgę i możliwości Babilonu, na możliwości i siłę ludzkiego ciała, bo człowiek nawet tak wielki jak całe Królestwo Babilońskie jest jak trawa, co oznacza, że jego chwała, siła i potęga trwa chwilę, a później znika. Dla Boga największe ludzkie Królestwo nic nie znaczy, a wszystkie narody wobec Boga Jahwe mówi Biblia są jak kropla w wiadrze. To co jest naprawdę trwałe, co jest prawdziwą potęgą i daje wieczne oparcie, to Słowa naszego Boga, to obietnice naszego Zbawiciela. Dla Izraela tymi obietnicami wtedy było wyprowadzenie z niewoli Babilońskiej i odbudowanie narodu, co Bóg zapowiadał przez perskiego króla Cyrusa. Gdy nadszedł odpowiedni czas w Historii Bóg powołał Cyrusa, który podbił w jedną noc Babilon i wydał dekret o odbudowie Jerozolimy, świątyni i powrotu wszystkich wygnańców z Niewoli do swego domu, a także zapewnił odpowiednio środki, by było to możliwe. Dla Izraela tymi obietnicami było również  posłanie oczekiwanego Mesjasza, który utwierdzi Boże obietnice i zagwarantuje ich spełnianie i przyniesie zbawienie dla narodu. Izrael powinien się przygotować na przyjście tego wielkiego Mesjasza, powinien przygotować własne serce i być gotowym przyjąć Go, gdy się pojawi. W związku z tymi obietnicami Boży lud nie powinien się załamywać, ale powinien więcej dowiedzieć się o swoim Bogu, o tym, że jest wszechmocy i włada wszystkimi narodami, a gdy coś postanowi tego dokona

Później ten tekst z Ks. Izajssza cytuje apostoł Piotr w swoim 1 liście  1,24-25 w odniesieniu do nas,  że nasze ciało, nasze wysiłki nie mogły pomóc nam w ratunku i zbawieniu, ale tego czego nie mogło uczynić nasze ciało uczynił Bóg przez swoje Słowo zradzając nas nowo i dając nam swojego Ducha abyśmy nie przeminęli wraz z tym światem.

To jest właśnie prawdziwy problem tego świata, że jest jak trwa w swoim grzechu, a wszelka chwała tego co nas otacza jest chwilowa i tymczasowa. Świat natomiast i ludzie tego świata zachowują się jakby mieli tutaj żyć na wieki. Jednak prawda jest taka, że pojawiamy się na tym świecie na krótko, a nasze życie jest bardzo niepewne i nieprzewidywalne, co powinno skłaniać nas do pokory i szukania Boga.

Gdy jesteśmy młodzi, to wydaje się nam, że życie jest długie, a przed nami jeszcze wiele czasu.

Mamy wtedy wrażenie, że jesteśmy niemal nieśmiertelni i możemy zdobyć cały świat. Ale gdy mijają kolejne lata, idziemy do pracy, zakładamy rodziny i wychowujemy następne pokolenie, to zaczynamy dostrzegać, że jesteśmy znikomi jak pokolenia, które były przed nami i to tylko kwestia kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu lat, kiedy odejdziemy.

Piotr mówi, żebyśmy przyjrzeli się trawie polnej, że nasze życie podobne jest do niej, a cała jej chwała pojawia się na krótko i mija w ciągu jednego sezonu.

Skupmy się chwilę na tym i pomyślmy, co Pan Bóg chce nam powiedzieć przez obraz trawy polnej. W Piśmie Świętym często jest to obraz ludzkiego życia, a  porównanie to jest wielokrotnie powtarzane i przypominane.

Król Dawid w Psalmie 35 powiedział:

Psalm 39:5  Daj mi, Panie, poznać kres mój I jaka jest miara dni moich, Abym wiedział, jak jestem znikomy!

W Psalmie 103 czytamy podobne słowa, psalmista mówi, że Bóg:

Psalm 103:14  Bo On wie, jakim tworem jesteśmy, Pamięta, żeśmy prochem.

15  Dni człowieka są jak trawa: Tak kwitnie jak kwiat polny.

16  Gdy wiatr nań powieje, już go nie ma I już go nie ujrzy miejsce jego.

Również możemy przeczytać o podobnym porównaniu w Liście Św. Jakuba 4,14:

Jakuba 4:14  Wy, którzy nie wiecie, co jutro będzie. Bo czymże jest życie wasze? Parą jesteście, która ukazuje się na krótko, a potem znika.

I rzeczywiście, łąka jest piękna, szczególnie wtedy gdy zakwitnie, ale trwa to bardzo krótko i za chwilę cała jej chwała mija. Mamy już wiosnę i będziemy mogli oglądać jej wspaniałe kwitnące krajobrazy, ale szybko przeminie ten okres, czas pięknych kwiatów jest krótki.

Podobnie jest z każdym ciałem, z każdym człowiekiem, niezależnie od tego kim by był lub co w życiu osiągnął, nasz czas jest bardzo krótki. Możemy prowadzić najlepsze i najbardziej wspaniałe życie, być najmądrzejszymi i bardzo uhonorowanymi ludźmi. Możemy być wielkimi w tym świecie, podziwianymi przez wielu i wielu może nam zazdrościć sukcesów oraz osiągnięć. Możemy być również bardzo dumni z tego, co w życiu udało nam się uzyskać. Niekiedy ta duma wynika ze zdobytego wykształcenia, z dobrze wychowanych dzieci, posiadania wielu majętności, czy zdobycia wielu sukcesów w różnych dziedzinach życiowych. Ale chwała ta, choćby była najbardziej spektakularna, jest tymczasowa, chwilowa, a przez to nietrwała i bardzo złudna. Kwiat usycha w zaledwie kilka tygodni, podobnie wszyscy odchodzimy, a wszystkie nasze sukcesy w obliczu śmierci stają się bezwartościowe, w tym sensie, że nie mogą nam pomóc - nie mogą nas przed śmiercią uratować  i dać nam życia wiecznego.

Pamiętajmy o tym, że w grobie nędzarz i książę leżą obok siebie, koniec obojga jest taki sam. 

Kiedyś św. pamięci Józek, członek naszego Zboru opowiadał o tym jak bardzo szef firmy w której pracował był zaganiany - na nic nie miał czasu, prowadził wiele biznesów, a 24 godz. dla niego było za mało, by wszystko ogarnąć. Żeby wydłużyć sobie dzień, postanowił kupić sobie śmigłowiec, by jak najszybciej dotrzeć z kolejnego spotkania biznesowego na następne. A, że był zamożnym człowiekiem, to mógł na niego sobie pozwolić. Któregoś dnia jednak śmigłowiec uległ awarii podczas lotu i zginął wraz z pilotem. Cóż za ironia, to, co miało wydłużyć mu dzień, jakby przedłużyć jego życie, skróciło je.

To tylko jeden z przykładów, który pokazuje nam jak kruche nasze życie i jak szybko przemijamy. Wydaje się nam, że możemy być pewni następnego dnia i robimy śmiałe plany na przyszłość, jednak musimy się z tym zgodzić, że życie każdego z nas może być w każdej chwili przerwane podobnie jak życie mojego brata. Wystarczyło 15 minut i już go między nami niema.

I choć życie niektórych z nas może wyróżniać się wśród innych i być bardzo rzadkim kwiatem, delikatnym wspaniałym i lśniącym, to w końcu ginie, obraca się w proch jak wszyscy. A proch Cezara nie jest bardziej królewski niż pył żebraka.  

W związku z tym, ze nasze życie jest bardzo kruche, nietrwałe, nieprzewidywalne i nie możemy być pewni nawet najbliższych kilku minut powinniśmy uchwycić się tego co wieczne, uchwycić się Bożego Słowa, Naszego Pana Jezusa, bo tylko Słowo Boga naszego trwa na wieki.

 I powiem wam, że sprawa jest pilna.

Wiele osób często zwleka z nawróceniem do Boga, odkłada to na kolejny dzień, na jutro, za rok, za 10 lat, na starość i często nigdy się nie nawracają umierając w swoich grzechach. Inni znowu mówią, że nawrócą się, ale najpierw musze wyszaleć się, użyć tego świata, załatwić jakieś sprawy, zbudować dom, spłacić kredyt, zwiedzić cały świat. Wymówek może być tyle co ludzi, aż śmierć ich zaskoczy, a może przyjść bardzo szybo w ciągu jednej chwili i człowiek nie jest w stanie już nic zrobić. Pan Jezus o tym mówił w 14 rozdz. Ew. Łukasza posługując się przypowieścią, że Bóg przygotował wielkie zbawienie i zaprosił wielu, ale ludzie się wymawiają na różne sposoby i nie chcą przyjść do Boga, odrzucają Boży dar zbawienia myśląc, że zawsze będą mieli szanse. Jednak Biblia mówi, że oto teraz czas łaski, oto teraz dzień zbawienia, dzisiaj jest dzień zbawiania i żebyśmy nie zatwardzali serc swoich, ale przyjęli zaproszenie Chrystusa do życia wiecznego. Jeśli odkładamy to na jutro, to weźmy sobie mocno do serca, że jutro nie należy do nas, nie mamy władzy nad dniem jutrzejszym, należy On do Boga. Przykład mojego brata przedstawia nam to bardzo wyraźnie, choć dzięki Bogu On wierzył.

 Ale miał wile planów na przyszłość, umawialiśmy się, że latem pojedziemy razem odwiedzić naszą rodzinę w okolicach Lublina skąd pochodził mój dziadek i trochę poszukamy korzeni rodzinnych. Remontował dom i miał w planach przeprowadzić się do niego za kilka tygodni, często o tym rozmawialiśmy. Miał w planach rozwój służby, fundacji którą prowadził i oczywiście wiele planów odnośnie rodziny i dzieci. Bóg natomiast miał swój plan co do Niego i powiedział, wracajcie synowie ludzcy jak mówią Słowa z Psalmu 90. Wtedy kiedy Bóg wypowiada te słowa, kiedy czas naszego rozstania z tym życiem nadchodzi musimy być gotowi, musimy zostać znalezieni z wiarą. Musimy stanąć przed Bogiem mając obok siebie Jezusa Chrystusa, który przyzna się do nas w ten dzień przed swoim Ojcem. A obiecał, że przyzna się do wszystkich, którzy wierzą w Niego, którzy kochają Go, którzy przestrzegają Jego przykazań – tych nazwał przyjaciółmi. Mój brat, choć nie wiedział kiedy  ten dzień nastąpi, to był  przygotowany każdego dnia, bo pojednał się z Bogiem przez wiarę w Jezusa i służył mu.

Teraz ta odpowiedzialność gotowości i czujności spoczywa na nas, na tobie, bo każdy z nas za samego siebie zda sprawę Bogu.

Pan Jezus wielokrotnie wzywał nas do czujności choćby w 25 rozdz. Ew. Mateusza przez podobieństwo o 10 pannach, gdzie 5 było głupich i 5 mądrych panien. 5 głupich nie było przygotowane na spotkanie z oblubieńcem, nie miały one oliwy w swych lampach, nie miały wiary, nie miały ufności, nie były na nowo narodzone. Mądre panny natomiast miały wiarę, miały oliwę w lampach, miały Ducha Św. kochały Zbawiciela i czekały na spotkanie z Nim.

Pan Jezus podsumowując to podobieństwo mówi

Mateusza 25:13  Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny, o której Syn Człowieczy przyjdzie.

Ani ja, ani ty, nie wiemy kiedy Bóg wezwie nas na sąd, nie wiesz kiedy Jezus przyjdzie. Nie wiesz kiedy przyjdzie z nieba i nie wiesz, kiedy Bóg zażąda twojej duszy, więc musimy być czujni cały czas. Chodzi oczywiście o czujność duchową, o bycie przygotowanym na spotkanie z Bogiem. Jeśli chodzi o sprawy tego świata potrafimy być bardzo czujni żeby np. zarobić jakieś pieniądze albo nie stracić, żeby wykorzystać okazje, bo gdzieś pojawia się promocja, czy unikać zagrożenia, które może nam zaszkodzić. Natomiast sprawy duchowe potrafimy zaniedbywać, bo nasza czujność i ostrość duchowego widzenia może być stłumiona przez grzech i przytępiona przez duchową ślepotę.

Gdy Biblia mówi o czujności na spotkanie z Panem, to ma na myśli kilka podstawowych rzeczy. Po pierwsze musimy wierzyć w Chrystusa jako naszego Pana i Zbawiciela żywą wiarą, żywą żarliwą ufnością o której mówi list do Hebrajczyków żebyśmy dbali i zachowywali taką ufność w zbawienie i obietnice Chrystusa jak mieliśmy na początku, gdy uwierzyliśmy. Chodzi o obietnice Jego przebaczenia, zadośćuczynienia za nasze winy, miłości do nas, dobroci, łaski, przyjęcia nas do domu naszego Ojca i zmartwychwstania. Kolejny drugi element czujności, to trwanie cały czas w modlitwie, dbanie o osobistą społeczność z naszym Zbawicielem jak wspomniana w ewangeliach wdowa, która ciągle nachodziła niesprawiedliwego sędziego, by wziął ją w obronę. Jak wiara jest sercem naszego duchowego życia, tak modlitwa jego płucami. Jak nie  możesz żyć fizycznie bez serca i płuc, tak nie możesz mieć duchowego życia bez wiary i bez modlitwy.

Następny element czujności to trwanie w Słowie Chrystusa, co znacznie wykracza poza czytanie Biblii. Trwanie w słowie Jezusa polega na przechowywaniu tego Słowa we własnym sercu, rozważaniu Go i rozmyślaniu o Nim dniem i nocą jak mówi psalm 1 i oczywiście posłuszeństwo temu Słowu. Chodzi o to, że czynisz słowa Jezusa fundamentem swojego życia, myślenia i działania, to jest budowanie domu na skale o którym nauczał Pan Jezus w Ew. Mateusza.

Bycie czujnym, to życie w dążeniu do uświęcenia, czyli odrzucanie grzechu, wyznawanie swojego grzechu, życie w świętości do czego nawołuje nas ap. Piotr

1 List Piotra 1:15  Lecz za przykładem świętego, który was powołał, sami też bądźcie świętymi we wszelkim postępowaniu waszym.

Grzech przytępia nasze duchowe zmysły, odbiera nam pokój i radość, sprawia że komunikacja z naszym Zbawicielem jest przerwana, a Duch Św. przygaszony i nie chce przez nas się manifestować.

Innym ważnym elementem czujności jest trwanie w społeczności kościoła, by pobudzać się do miłości i dobrych uczynków do czego często wzywa nas Słowo Boże. Kościół jest nam niezbędny, by się wzajemnie miłować, służyć sobie, umacniać się i pomagać nam w dyscyplinie duchowej. Gdy zaniedbujemy tą kwestię, to szybko rozleniwiamy się duchowo stając się ospałymi w gorliwości dla Chrystusa.

Często mniej wspominane elementy czujności, ale równie ważne, to oczekiwanie w nadziei radości na spotkanie z Panem oraz bycie wytrwałym, cierpliwym w naszym podążaniu za Chrystusem. Wytrwałość i cierpliwość jest często poruszanym  tematem w Nowym Testamencie, zwłaszcza w kontekście prześladowań, opóźniającego się powrotu Pana i codziennych zmagań z grzechem. Bez wytrwałości nawet najgorliwsza wiara może zgasnąć, a czujność przerodzić się w zniechęcenie.

Autor listu do Hebrajczyków zachęca: „Potrzebujecie bowiem wytrwałości, abyście, spełniwszy wolę Bożą, otrzymali obietnicę(Hbr 10,36), a w Liście do Rzymian Paweł pisze: „Przez cierpliwość w czynieniu dobra szukamy chwały, czci i nieśmiertelności – życia wiecznego” (Rz 2,7). Sam Jezus w przypowieści o siewcy ostrzega, że ci, którzy w chwilach próby odstępują, nie wydają owocu, natomiast „ci na dobrej ziemi, którzy w sercu szlachetnym i dobrym usłyszawszy słowo, zatrzymują je i wydają owoc przez wytrwałość” (Łk 8,15).

A jak jest z tobą, czy jesteś czujny, czujna i przygotowany, czy przygotowana na spotkanie z Jezusem Chrystusem? Być może z tych elementów czujności jakie wymieniłem są niektóre do poprawy, wiara, modlitwa, Słowo Boże, uświęcenie, społeczność kościoła, nadzieja i wytrwałość. Wciąż jeszcze mamy chwilę czasu, by zająć się tymi sprawami, ale nie odkładajmy ich na później. Mówię wam sprawa jest pilna!

Ostatnią kwestią jaką chciałem poruszyć w kontekście kruchości naszego życia i wieczności na przykładzie mojego brata, to że nie tylko nasze życie powinno uwielbiać Pana, ale i śmierć. Chodzi mi o to jakie świadectwo po sobie zostawimy. Choć mój brat nie był idealnym człowiekiem, ale grzesznym jak my wszyscy jednak pozostawił po sobie chlubne świadectwo. Na pogrzebie wiele osób składało o nim dobre świadectwo wierności Chrystusowi, wytrwałej służby i ofiarnej miłości. Zostanie zapamiętany jako wierny sługa naszego Zbawiciela i wierzę, że jeszcze długo po jego śmierci to świadectwo będzie wydawało owoc.

Jak my chcemy być zapamiętani, jak będziemy wspominani w tym świecie, kiedy nas już nie będzie?  Czy chcemy, by nasze życie było jedynie suchą trawą, która po krótkim czasie zostaje zapomniana, czy może pragniemy pozostawić po sobie trwały ślad w postaci wiary, miłości i nadziei, która będzie inspiracją dla innych, dla wielu, by szli za Chrystusem?

Śmierć mojego brata Marcina jest dla nas wszystkich bolesnym, ale i niezwykle wymownym kazaniem. W ciągu kilkunastu minut jego życie na ziemi dobiegło końca. Nie miał czasu, by pożegnać żonę, powiedzieć dzieciom, że je kocha, ani dokończyć remontu domu, do którego tak się przygotowywał. Nie zdążył zrealizować planów na lato, ani rozwinąć swojej fundacji tak, jak zamierzał. Ale zdążył zrobić coś o wiele ważniejszego – każdego dnia, także tego ostatniego, czytał Pismo Święte, ufał swojemu Zbawicielowi, żył wiarą, i nadzieją, blisko społeczności kościoła w stanie duchowej gotowości.

To jest właśnie ta najważniejsza lekcja, jaką zostawił nam Marcin: nie chodzi o to, by zdążyć ze wszystkim, ale by być gotowym na wszystko. Być gotowym na spotkanie z Panem w każdej chwili, bo ta chwila może nadejść zupełnie niespodziewanie – jak złodziej w nocy, jak wiatr, który na nas powieje, a wtedy kwiat więdnie, jak para, która znika. Jednak jeśli jesteśmy w Chrystusie, nie przemijamy.

Apostoł Paweł w Liście do Filipian pisał: „Dla mnie życiem jest Chrystus, a śmierć zyskiem” (Flp 1,21). Marcin nie bał się śmierci, bo wiedział, co go czeka po drugiej stronie. Często stawał na rynku z literaturą chrześcijańską i z banerem „nie lękaj się śmierci”  Wiedział, że jeśli jego ziemski dom – to ciało rozpadnie się, ma w niebie budowlę od Boga, dom nie ręką uczyniony, ale wieczny. I to jest ta radosna nadzieja, którą mamy my, wierzący w Chrystusa, bo wiemy, że „ani śmierć, ani życie... nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 8,38-39).

27.02.2026

Jezus współczuje nam w naszych doświadczeniach – Ew. Jana 11, 28-44


Często, gdy przeżywamy jakiś ból i doświadczenia, możemy mieć wrażenie, że przechodzimy go zupełnie samotnie i niewielu nas rozumie. W takich sytuacjach Bóg może się wydawać zupełnie odległy. Przychodzą nam do głowy myśli: „Co On może wiedzieć o moim cierpieniu? Przecież jest w niebie, a my na ziemi”. Jednak Słowo Boże uczy nas, że Chrystus jest z nami w ciężkich doświadczeniach i nie tylko nas wspiera, ale przeżywa je razem z nami, jak widzimy to w naszej dzisiejszej historii.

Jesteśmy w miejscu, gdzie Jezus przybywa do Betanii, do domu Łazarza, Marty i Marii, którzy byli rodzeństwem. Powodem przyjścia Jezusa jest choroba i śmierć Jego przyjaciela Łazarza. Gdy Łazarz zachorował, jego siostry posłały po Jezusa, żeby przyszedł i mu pomógł, ale Jezus specjalnie zwlekał z szybkim przybyciem, bo chciał, by Łazarz umarł i odpowiednio długo leżał w grobie – cztery dni, po których zamierzał podnieść go z martwych. Ten cud ma być niezwykłym i wielkim dowodem na to, że Chrystus naprawdę jest zmartwychwstaniem i życiem, że ma władzę dać ludziom zmartwychwstanie i życie wieczne przez wiarę w Niego.

Gdy Jezus przybywa do Betanii, jest środek pierwszej części żałoby po zmarłym, która trwała siedem dni. Schodziła się rodzina i bliscy, wynajmowano specjalne płaczki, których zadaniem było wyrażanie żalu, lamentu i śpiewanie pieśni żałobnych. To wszystko miało na celu pocieszenie pogrążonej w smutku rodziny i pomoc w przejściu przez okres żałoby.

Zanim Jezus dotarł do domu, miał rozmowę z Martą, która wyraziła swoją wiarę w Niego – to, co powinien uczynić każdy z nas, jeśli chce otrzymać życie wieczne. Najwidoczniej Marta potrzebowała takiej rozmowy z Jezusem, potrzebowała się upewnić w sytuacji doświadczenia, że naprawdę w Niego wierzy i Mu ufa.

Następnie Marta zawołała swoją siostrę Marię, że Jezus chce z nią rozmawiać. Gdy Maria usłyszała, że Jezus jest w pobliżu, szybko udała się do Niego. Kiedy spotyka się z Jezusem, mówi to samo co Marta: że gdyby Jezus tam był, nie umarłby ich brat. Z pewnością razem z siostrą musiały o tym rozmawiać. Maria ma wielki smutek na sercu, ciągle pogrążona jest w płaczu, zastanawia się, jak mogło do tego dojść, dlaczego ich to spotkało. Ale tym razem Jezus nie prowadzi jej do wyznania wiary, lecz raczej ją pociesza, gdy pada do Jego nóg. 

Możemy się zastanawiać, dlaczego Bóg z jednymi osobami postępuje tak, a z innymi inaczej. Ale zobaczmy, że Pan Jezus ma indywidualne podejście do każdego z nas w chwilach cierpienia. Marta potrzebowała wzmocnić swoje zaufanie do Niego w doświadczeniu, Maria zaś potrzebowała Jego współczucia, uścisku i możliwości wypłakania się.

Zwróćmy uwagę, że Pan postępuje z nami zgodnie z naszymi potrzebami i charakterem, a w chwilach doświadczeń daje nam to, co może najlepiej nam pomóc w danym momencie.

Każdy rodzic, który ma dzieci, wie, że każde z dzieci jest trochę inne i inaczej należy z nimi postępować. To, co jest dobre dla jednego dziecka – sposób rozmowy i wychowania – niekoniecznie musi być dobre dla drugiego. Jeden w cierpieniu potrzebuje współczucia, a inny napomnienia; jeden potrzebuje delikatnej sugestii, a inny – żeby zdecydowanie do niego przemówić. Pamiętajmy o tym, że Chrystus doskonale zna osobowość każdego z nas, jak mówi Psalm 139: 

Psalmy 139:2-3: Ty wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję, rozumiesz myśl moją z daleka. Ty wyznaczasz mi drogę i spoczynek, wiesz dobrze o wszystkich ścieżkach moich.” 

Pan wie, jak ma nam pomóc, rozumie wszystkie nasze zmagania, bo przecież jest naszym Stwórcą i sam, będąc w słabym ciele, przechodził wszystkie doświadczenia podobnie jak my – z wyjątkiem grzechu. Mówi o tym List do Hebrajczyków: 

Hebrajczyków 2:18: A że sam przeszedł przez cierpienie i próby, może dopomóc tym, którzy przez próby przechodzą.

Hebrajczyków 4:15-16: Nie mamy bowiem arcykapłana, który by nie mógł współczuć ze słabościami naszymi, lecz doświadczonego we wszystkim, podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu. Przystąpmy tedy z ufną odwagą do tronu łaski, abyśmy dostąpili miłosierdzia i znaleźli łaskę ku pomocy w stosownej porze. 

Nigdy nie powinniśmy wątpić w zrozumienie i współczucie naszego Zbawiciela. Choć jest w niebie, gdzie zasiada po prawicy tronu Bożego, to nie jest daleko od każdego z nas, ale jest z nami przez swojego Ducha i przechodzi przez życie z tymi, którzy Mu ufają. Nie jest obojętny na twoje i moje doświadczenia, co doskonale widzimy w kolejnych wierszach.

Jezus, gdy zobaczył płaczącą Marię i płaczących Żydów po stracie Łazarza, wzruszył się i również zapłakał. W 35. wierszu mamy najkrótszy werset w Biblii: „I zapłakał Jezus”. Greckie słowo, które mówi o płaczu Jezusa, wskazuje na głębokie wzruszenie – to rodzaj mocnego płaczu i zawodzenia. Pan Jezus nie starał się w żaden sposób ukrywać swojego wzruszenia. I choć jest Bogiem, nie był – jak większość ziemskich przywódców – daleki od ciężkich ludzkich losów, ale utożsamiał się z nami.

Grecy, gdy opisywali swoich bogów, często przedstawiali ich jako osoby niemające uczuć, dalekie od ludzkich emocji, nieczujące troski i bólu.

To jest najlepszy dowód na to, jak Bóg patrzy na nasze cierpienie wynikające z grzechu. To jest najlepszy dowód na to, jak Bóg nam, ludziom, współczuje, widząc tragedię grzechu w naszym życiu i jego konsekwencję, którą jest śmierć. Bóg ubolewa nad stanem ludzkości, rozumie jak nikt inny, jakie straszne rzeczy grzech nam wyrządza, jak wielkie tragedie zadajemy sobie nawzajem przez nasz upadek i jak boleśnie kończy się nasze życie. Możemy tutaj mnożyć straszne skutki grzechu: wojny, nienawiść, gwałt, zazdrość, zawiść, morderstwo, złodziejstwo, wykorzystywanie ludzi, dzieci, słabych i bezbronnych, poniżanie innych, a także wszelkiego rodzaju choroby, wypadki, różne tragedie, a w końcu śmierć. A to tylko krótka lista – wręcz nie da się wyliczyć strasznych skutków grzechu.

A najbardziej smutne dla Boga w tym wszystkim jest to, że pomimo takiego stanu wciąż ludzie nie chcą przyjść do Zbawiciela po ratunek. Jezus widzi tam tych wszystkich płaczących Żydów, wie, że może ich uratować, bo jest Zmartwychwstaniem i Życiem, ale jednocześnie wie, że wielu z nich z powodu swojej pychy, ślepoty duchowej, przywiązania do martwej religii woli pozostać w śmierci.

Nie daj się oszukać, że Bóg jest daleko od ciebie, gdy cierpisz. On cię rozumie lepiej niż ktokolwiek z nas. Nie ma tak bliskiego ci człowieka – czy to matka, czy ojciec, czy ktokolwiek inny – żeby mógł bardziej rozumieć twoje doświadczenia niż Jezus. Ale Bóg nie tylko się przygląda i rozumie – zaprasza nas w naszym cierpieniu, byśmy do Niego przyszli, byśmy dali się pocieszyć przez złożenie naszych ciężarów na Chrystusa, bo On ma o nas staranie (1 P 5,7). Bóg chce, byśmy na wzór Marii przybiegli do Jezusa szybko, padli do Jego stóp i pozwolili się otoczyć opieką, schronili się pod Jego skrzydłami, jak mówi Psalm 91: 

„Psalm 91:1-4: Kto mieszka pod osłoną Najwyższego, kto przebywa w cieniu Wszechmocnego, ten mówi do Pana: Ucieczko moja i twierdzo moja, Boże mój, któremu ufam. Bo On wybawi cię z sidła ptasznika i od zgubnej zarazy. Piórami swymi okryje cię i pod skrzydłami Jego znajdziesz schronienie. Wierność Jego jest tarczą i puklerzem.” 

Pastor Steven Cole opowiadał świadectwo, że jeden z przedstawicieli chrześcijańskiej misji amerykańskiej kiedyś odwiedził szkołę w Kenii i słuchał, jak nastoletnie dziewczęta opowiadały o tym, co dała im Biblia w ich ojczystym języku i jakie jej fragmenty do nich najbardziej przemawiały. Jednym z nich właśnie był fragment, że Jezus płakał. Jedna z dziewcząt opowiadała o tym, że gdy płakała w nocy z powodu śmierci swoich rodziców chorujących na AIDS, to wie, że Jezus płakał razem z nią. Pamiętaj, że On płacze także i z tobą. 

Jezus daje nam również przykład, jak powinniśmy reagować na ludzkie cierpienie. Powinniśmy być empatyczni, jak powiedział apostoł Paweł w Liście do Rzymian w 12. rozdziale, że należy płakać z płaczącymi i weselić się z weselącymi. To, co często przeszkadza nam tak czynić, to nasz grzech, skupienie na sobie. Oczekujemy współczucia, płaczu lub radości od innych razem z nami, ale już nie zawsze potrafimy im towarzyszyć w ich doświadczeniach. Zbyt często jesteśmy tak zapatrzeni w siebie, w nasze potrzeby, pragnienia i doświadczenia, że potrafimy nie dostrzegać i nie reagować na to, co przeżywają ludzie wokół nas.

Płacz Jezusa oznacza również prawdziwe Jego człowieczeństwo. Nie wydawał się tylko człowiekiem, nie był jedynie człowiekiem z pozoru lub jakby człowiekiem. Nie miał tylko ludzkiego wyglądu, nie udawał człowieka. Ale był człowiekiem w 100%, jak to się mówi – w pełni, wraz z ciałem i duszą, emocjami oraz wolą. On nie tylko płakał, ale odczuwał zmęczenie, głód, cierpienie, musiał spać, załatwiać potrzeby fizjologiczne i być poddany ludzkim ograniczeniom. Pełne Jego człowieczeństwo było konieczne dla naszego zbawienia. To człowiek zgrzeszył i karę za grzech musiał ponieść człowiek. Jeśli Pan Jezus nie byłby w pełni człowiekiem, to nie mógłby dokonać naszego odkupienia. Człowiekiem również pozostał po swoim zmartwychwstaniu i teraz na tronie, po prawicy Bożej, zasiada Bóg-człowiek, który może się wstawiać za nami u swego Ojca. On jest naszym pośrednikiem, naszym arcykapłanem, naszym orędownikiem przed Bogiem. Należy to podkreślać, bo np. Świadkowie Jehowy głoszą, że Jezus po zmartwychwstaniu nie był człowiekiem, nie miał w pełni ludzkiego ciała; uważają, że zmartwychwstał jako istota duchowa, a ciało, które Jezus miał, nie było prawdziwym ludzkim ciałem. Uważają, że umęczone i położone do grobu ciało Jezusa nie zmartwychwstało, ale zostało usunięte. Ale mówię wam: jeśli Jezus nie był po zmartwychwstaniu człowiekiem, jeśli to nie było Jego zmartwychwstałe ciało, przemienione i uwielbione, to nie może nas reprezentować przed Bogiem.

Ostatnio, gdy byli u mnie Świadkowie Jehowy, właśnie to mówili i było mi smutno, że opowiadają takie kłamstwa o naszym Zbawicielu. Ale Pismo mówi: 

1 Tymoteusza 2:5: Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Chrystus Jezus. 

Następnie, gdy Jezus dochodzi do grobu z płaczącą Marią, Martą i Żydami, ludzie zadają pytania – w 37. wierszu: „Czy nie mógł On sprawić, skoro otwiera oczy niewidomym, żeby Łazarz nie umarł?” Jak pamiętamy, kilka miesięcy wcześniej, w 9. rozdziale, Jezus uzdrowił ślepego od urodzenia. Żydzi wciąż pamiętają o tym niezwykłym cudzie i mówią: „Czy i tu nie mógł uczynić podobnie?” 

I wiemy, że Jezus oczywiście mógł, ale nie chciał. Działał zgodnie z harmonogramem woli Boga Ojca, a wolą Ojca było, że Łazarz zmarł i żeby przez cud oczywistego zmartwychwstania wszyscy mogli wyraźnie dostrzec w Jezusie Zbawiciela - Syna Bożego. Czy Bóg nie mógłby dzisiaj zakończyć wszystkich wojen na świecie? Czy nie mógłby nakarmić wszystkich głodujących? Czy nie mógłby sprawić, że ludzie przestaliby umierać? Czy nie mógłby w tej chwili uzdrowić nas z naszych chorób i załatwić wszystkie nasze problemy? Oczywiście, że mógłby – jest wszechmogący i nic nie jest dla Niego niemożliwe. Problem nie leży w tym, że Bóg nie może tego zrobić. Ale Bóg nie jest jak jakiś dżin spełniający życzenia, postępuje zgodnie ze swoją wolą i w zgodzie ze wszystkimi swoimi atrybutami, jak Jego świętość, sprawiedliwość, mądrość i wola. I zdaje się, że tego nie rozumieją Żydzi. Wierzymy, że Bóg w Chrystusie kiedyś rozwiąże wszystkie problemy świata, ale uczyni to w taki sposób, jak On sam tego chce, w taki sposób, żeby zrealizowały się wszystkie Jego odwieczne postanowienia, a Jego imię zostało uwielbione.

On nie potrzebuje naszych podpowiedzi, jak ma realizować swoją wolę, ale chce naszego zaufania, jak widzimy to w naszym fragmencie.

Jezus nakazuje odsunąć kamień od pieczary, gdzie Łazarz jest pochowany. Ciekawostką jest, że grób Łazarza jest dzisiaj dostępny dla turystów – znajduje się w grocie skalnej na Zachodnim Brzegu Jordanu, u podnóża Góry Oliwnej. Najstarsze historyczne wzmianki świadczące o tym miejscu pochodzą z około IV wieku. Oczywiście nie ma 100% pewności, że faktycznie jest to, to miejsce, ale prawdopodobieństwo jest spore.

Marta jednak protestuje przed usunięciem kamienia (w. 39). Obawia się, że zapach rozkładu ciała jest już poważny i ma rację – że już śmierdzi. Po czterech dniach procesy gnilne w tamtym rejonie były już mocno widoczne. Wtedy Jezus powiedział jej, by przypomniała sobie, co mówił do niej wcześniej: że jeśli uwierzy, będzie oglądała Bożą chwałę. Prawdopodobnie jest to odwołanie do wypowiedzi Pana Jezusa w 4. wierszu, że ta choroba nie jest na śmierć, ale na chwałę Bożą.

Stąd możemy wnioskować, że Marcie nie chodzi tylko o przykry zapach, ale ona wątpi, czy Jezus może tu cokolwiek jeszcze poradzić, jeśli chodzi o śmierć Łazarza. Równie dobrze wypowiedź Pana Jezusa można zastosować do każdego z nas, a także do naszego kościoła. Czy wierzymy, że jeśli Mu zaufamy, będziemy oglądać chwałę Bożą, zarówno w codziennym naszym życiu, jak i w życiu naszego zboru?

Czy wierzymy, że Bóg może przemienić każdego grzesznika i uczynić z niego swoje dziecko, jeśli zwiastujemy ludziom ewangelię, choćby byli tak samo martwi duchowo jak Łazarz fizycznie? A wiemy, że są jak Łazarz. Czy problem czasami nie leży w nas, że widzimy grzesznych, zepsutych ludzi wokoło – może osoby z naszej rodziny, znajomych – i ciężko nam uwierzyć, że ktoś taki mógłby się nawrócić? Być może zbyt mocno patrzymy na ich ciężki duchowy stan, zamiast wierzyć Bogu i w moc Jego ewangelii. Mam głębokie przekonanie, że jeśli uwierzymy, jeśli bez oporów zastosujemy się do słów naszego Zbawiciela, to będziemy oglądać Bożą chwałę wielokrotnie – Boga działającego w mocy. W tym przypadku Marta miała usunąć kamień; widzimy, że jest nasza część zadania do zrobienia. To, co należy do nas, musimy wykonać, jeśli chcemy oglądać Bożą chwałę. Mamy być Jego świadkami, mamy głosić ewangelię wszelkiemu stworzeniu, mamy się nawzajem miłować, mamy nie być przykrymi jeden dla drugiego, przebaczać sobie, mamy zapierać się samych siebie i krzyżować nasze „ja”, szukając Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości. Mamy chrzcić nawróconych i czynić ich uczniami oraz wszystko to, co Jezus nam przykazał – a zobaczycie, że będziemy oglądać Jego chwałę. I już możemy oglądać Jego chwałę przez to, co każdego dnia czyni: jak wysłuchuje naszych modlitw, jak przemienia nasze serca, jak prowadzi swój kościół, budując go, jak przez wspaniałe stworzenie objawia swoją wiekuistą chwałę. Ale żeby to wszystko zobaczyć, należy odwrócić wzrok od nas, od martwego Łazarza, i spojrzeć na Jezusa Chrystusa – „jak wielki jest twarzy tej blask”.

Następnie usunięto kamień, a Jezus, wzniósłszy oczy w górę, modlił się, mówiąc: „Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. A Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz, ale powiedziałem to ze względu na lud stojący wokoło, aby uwierzyli, że Ty mnie posłałeś”.

Pan nie musiał tego mówić, ale wypowiedział te słowa, żeby ludzie usłyszeli i zobaczyli, że On naprawdę jest Synem Bożym, że działa w imieniu Boga, że w imieniu Boga Izraela przyszedł na ziemię, by dać ludziom życie, by uratować ich od śmierci wiecznej.

Widzimy tutaj również głęboką, niczym niezmąconą, żadnym grzechem relację Syna Bożego z Ojcem – taką relację, jakiej nie miał nigdy żaden człowiek. Jezus mówi, że Ojciec zawsze Go wysłuchuje. Nie było takich modlitw, w których Ojciec nie wysłuchał Syna, prócz jednej – przed krzyżem, że jeśli to możliwe, to niech Go ta męka minie – modlił się Jezus, ale wiemy, że nie było innej drogi do zbawienia ludzi, jak tylko przez krzyż. To był jedyny raz, kiedy Ojciec odmówił Synowi, ale Syn uznał to za dobre, okazał doskonałe posłuszeństwo.

Na czym polegała niemal 100% skuteczność modlitw Jezusa? Ano na tym, że Jezus żył w doskonałej społeczności z Bogiem Ojcem, będąc w pełni oddany Jego woli, i modlił się, pragnął i czynił tylko to, co jest wolą Bożą. W każdym aspekcie swojego życia żył w doskonałym posłuszeństwie Bogu Ojcu.

Próbuję sobie wyobrazić, jaka była reakcja ludzi na słowa Jezusa, na nakaz odsunięcia kamienia, na zaniesioną modlitwę, w końcu na słowa: „Łazarzu, wyjdź z grobu”.

Jezus powiedział to naprawdę głośno, odważnie, zdecydowanie, wobec około kilkudziesięciu lub kilkuset świadków. Pewnie niektórzy myśleli, że zwariował, że co On czyni, że teraz się ośmieszy i będzie skończony. Ludzie musieli mu się przyglądać z największą uwagą i z niedowierzaniem oczekiwać na to, co się wydarzy. I na Jego słowo przyszła natychmiastowa odpowiedź – coś absolutnie niesamowitego: Łazarz wychodzi, cały powiązany materiałem, którym owijano ciało do pogrzebu. Z pewnością wszyscy zebrani są w niesamowitym szoku. Chyba nie było mu łatwo chodzić, będąc owiniętym tymi wszystkimi bandażami. 

Wyszedł na słowa Jezusa – tak i my wszyscy, którzy wierzymy w Niego, zmartwychwstaniemy w dniu ostatecznym na Jego słowo.

Wszyscy otrzymamy nowe, uwielbione ciała. On pokonał moc śmierci, On zniszczył ją na zawsze, On pokonał grzech, który jest żądłem śmierci. Śmierć mogła triumfować, bo moc grzechu do niej nas prowadziła. Ale teraz Jezus ma klucze śmierci i piekła, panuje nad śmiercią i piekłem, daje życie i sądzi. Takiego oto mamy Zbawiciela.

Tą samą mocą, jaką podniósł Łazarza z martwych, i nas ożywił. Ożywił nasze martwe dusze, wyrzekł wobec nas swoje Słowo, by obudziły się nasze kamienne serca i stały się wierzące, ufające Mu, oddające Mu chwałę. Zrodził nas na nowo przez Słowo Prawdy i moc Ducha Świętego, byśmy z duchowo martwych mogli powstać do życia. Uwielbiajmy Go za to, dziękujmy Mu, że nie pozostawił nas w ciemnym grobie, że nie byłoby dla nas nadziei. A jeśli ktoś z nas jeszcze nie doświadczył cudu nowego narodzenia, jeszcze nie słyszał od Jezusa: „Wyjdź ze swojego grobu”, to poproś Go dzisiaj, wołaj w modlitwie do Niego i błagaj, byś przeszedł lub przeszła ze śmierci do żywota.

Łączna liczba wyświetleń