piątek, 10 lutego 2012

John Wesley - Człowiek, który dał nadzieję Anglii

     John Wesley, był jednym z największych mężów Bożych w dziejach nowożytnego chrześcijaństwa, wielkim kaznodzieja i ewangelistą, współzałożycielem wielomilionowego Kościoła metodystycznego na świecie, człowiekiem, którego życie i dzieło odcisnęły się wielkim piętnem na współczesnej mu Anglii, wykraczając jednak znacznie poza swoje czasy i miejsca rodzinne.
W pierwszych dekadach XVIII w. Anglia była najbardziej nieprawdopodobnym miejscem dla powszechnego narodowego odrodzenia żywej wiary. Wśród bogatych i wykształconych Anglików religia przeszła z centrum życia na jego peryferia. W oficjalnym Kościele - anglikańskim, ale i w nonkonformistycznych denominacjach, jak baptyści i kongregacjonaliści, purytańska gorliwość zdawała się należeć już do reliktów przeszłości. Na co dzień dominowało umiarkowanie we wszystkim. Angielskie kazanie, wg Woltera, było „solidną, ale niekiedy suchą dysertacją, którą człowiek czytał zebranym bez żadnego gestu, czy choćby zaangażowania w głosie”. Kaznodzieje ignorowali tradycyjną doktrynę o grzeszności człowieka. Podkreślano za to potrzebę właściwego zachowywania się, wielkoduszności, humanitaryzmu i tolerancji oraz unikania bigoterii i fanatyzmu. Miejsce religijnego zaangażowania zajęło oddanie się pijaństwu, hazardowi i rozpuście. „Upijesz się za pensa. Upijesz się na umór za dwa pensy. Siano do spania” – tak reklamowały się ówczesny puby.
John Wesley (1703-91) wywodził się z domu przesyconego obyczajnością i porządkiem, który łączył w sobie anglikański wysiłek i nonkonformistyczną pobożność. Jego ojciec, wielebny Samuel Wesley, był wykształconym i szczerym pastorem w anglikańskim high-church [1]. Natomiast matka, Susan, była córką nonkonformistycznego [2] pastora z Londynu. Była nadzwyczajną kobietą - urodziła 19 dzieci! John był 15. Mimo to miała ona co tydzień czas na religijne wychowanie dla każdego dziecka z osobna. Robiła to „metodycznie”. John korzystał z jej rad aż do jej śmierci. Wesley studiował w Oxfordzie. Nie wywarło to wielkiego wpływu na jego umysł i jego duszę, ale przynajmniej wiele tam czytał - szczególnie Ojców Kościoła i wielkich klasyków literatury pobożnościowej. Od greckich Ojców nauczył się, że celem chrześcijańskiego życia jest „doskonałość”, raczej proces poddawania dyscyplinie miłości niż stan religijności. W 1726 r. Wesley ukończył Lincoln College i dwa lata później został ordynowany na pastora w parafii w Epworth, gdzie został asystentem swego ojca.
Kiedy wznowił swoją pracę w Oxfordzie (1727), zaalarmowany przez swego brata Charlesa o szerzącym się na uniwersytecie deizmie, zebrał niewielką grupę studentów gotowych traktować swą wiarę serio. John okazał się liderem, jakiego potrzebowali. Pod jego kierunkiem sformułowali program studiów i porządek życia, w których podkreślali wagę modlitwy, czytania Biblii i częstego uczestniczenia w komunii świętej. Mała grupka szybko przyciągnęła uwagę i drwiny swobodnych studentów. „Entuzjazm” religijny w Oxfordzie? Nazywano ich świętym klubem, molami biblijnymi, reformatorskim klubem. Członkowie tego towarzystwa byli żarliwymi, ale niespokojnymi duszami. Byli wytrwali w poszukiwaniu dróg, które uczyniłyby ich życie podobnym do wczesnych chrześcijan. Dawali jałmużny biednym i odwiedzali uwięzionych, ale Wesley szybko odkrył, że brakuje mu wewnętrznego duchowego pokoju prawdziwego chrześcijanina.


Wtedy przyszło zaproszenie do Georgii. Jego przyjaciel, dr John Burton, zasugerował, że obaj bracia mogliby służyć Bogu w nowej kolonii, zarządzanej przez gen. Johna Oglethorpe’a. Charles mógłby być jego sekretarzem, a John kapelanem kolonii. John przyjął szansę głoszenia Ewangelii Indianom i w X 1735 bracia pełni młodzieńczego idealizmu i misjonarskiej gorliwości wyruszyli w podróż. Cały epizod w Georgii okazał się wielkim fiaskiem. John odkrył, że zacni Indianie to, jak się okazało, „żarłoki, złodzieje, kłamcy i mordercy“, a jego biali koloniści głęboko obrazili się na jego nieugięte zwyczaje wyniesione z high-church. Sześć miesięcy później wyjechał rozgoryczony z Ameryki. W drodze pisał: „Przyjechałem do Ameryki nawracać Indian, ale kto powinien nawrócić mnie?“ W Anglii był znów 1 II 1738 r. - pokonany i boleśnie niepewny swej wiary i przyszłości. Przez ostatnie 12 lat z trudem wspinał się drogą dążenia do perfekcji, starając się w najlepszy sposób, jaki znał, osiągnąć prawdziwe błogosławieństwo. Misja w Georgii tylko odsłoniła jego duchowe bankructwo. Ale zdobył tam jedno pozytywne doświadczenie - kontakt z Braćmi Morawskimi. Po tym spotkaniu był zdecydowany poznać sekret ich duchowej mocy.
W Londynie spotkał Petera Bohlera, młodego morawskiego kaznodzieję (latem 1738 r. spędził trzy miesiące na odwiedzinach w Herrnhut [3], które wywarły ogromny wpływ na jego dalszą służbę), który zaszczepił mu potrzebę nowego narodzenia i mocnej, osobistej wiary w Jezusa Chrystusa, które mogłyby umożliwić mu przezwyciężenie grzechu i osiągnięcie prawdziwej świętości. Usprawiedliwienie przez wiarę - mówił Bohler - to nie tylko doktryna; to osobiste doświadczenie Bożego przebaczenia. John Wesley doświadczył tego 24 V 1738 r. „Wieczorem - pisał - bardzo niechętnie poszedłem na spotkanie społeczności przy Aldersgate Street, tam ktoś czytał komentarz Lutra do Listu do Rzymian. Około 20:45, kiedy on opisywał zmianę, której Bóg dokonuje w sercu przez wiarę w Chrystusa, poczułem w moim sercu niezwykłe ciepło. Czułem, że uwierzyłem Chrystusowi, samemu Chrystusowi, ku zbawieniu; i otrzymałem poczucie bezpieczeństwa - że On wziął moje grzechy, moje własne i uwolnił mnie od prawa grzechu i śmierci“.
Odkrył swoje życiowe przesłanie. Teraz potrzebował znaleźć cel swojej służby i metodę jej realizacji. Wesley wrócił do Londynu i znów podjął zwiastowanie w kościołach. Jego gorliwość była nie mniejsza, ale rezultaty nie dawały większej satysfakcji niż przedtem. Stale brakowało mu związku pomiędzy wewnętrznym zrozumieniem a zewnętrznym działaniem. Wtedy, prawie przez przypadek, podczas przejażdżki z Londynu do Oxfordu zaczął czytać relację Jonatana Edwardsa z niedawnych nawróceń w Northampton [4]. Słowa te trafiły do niego z ogromną mocą. W następnych tygodniach w życiu Wesleya dokonał się przewrót wywołany prostym działaniem Ducha. A zaczęło się od niespodziewanego zaproszenia, jakie dostał od dawnego członka Holy Club – Whitefielda.
Dla Whitefielda (9 lat młodszego od Wesleya) to rok 1735 był czasem przełomu. Po długim okresie załamania i rozczarowania, ćwiczeń duchowych w ascetyzmie (rozchorował się z powodu surowych postów) i legalistycznej religijności, odkrył wreszcie istotę autentycznego chrześcijaństwa – dar zbawienia, przebaczenie grzechów w Chrystusie i nowe narodzenie. W lipcu 1736 r. wygłosił swoje pierwsze kazanie w rodzinnym Gloucester. Przez następny rok głosił w wielu miejscach, przyciągając tłumy, szczególnie w Bristol i Londynie. W tym czasie mało komu znani bracia Wesleyowie przebywali w Georgii. Zresztą John korespondując z Whitefieldem, w końcu namówił go na przyjazd do kolonii. Tam trafił na Wielkie Przebudzenie amerykańskie, którego miał się stać współliderem.
Z Georgii wrócił jesienią 1738 r. i w Anglii został ordynowany. Nie usatysfakcjonowany możliwościami, jakie dawała mu kazalnica i zapalony do nauczania mas w lutym 1739 r. na polach koło Bristol zaczął głosić Ewangelię górnikom. Jego słuchaczami byli ludzie, którzy rzadko mieli śmiałość lub ochotę wejść do kościoła. Jego żarliwe kazania tak poruszały tych zatwardziałych i zmęczonych ludzi, że dało się zauważyć na ich twarzach „białe smugi uczynione przez ich łzy“ i zatwardziali górnicy z Bristol w wielkiej liczbie błagali o Bożą łaskę.
Whitefield ponaglał Wesleya, by ten naśladował go na otwartych polach. Wesley wiedział, że nie może mu dorównać w jego kazaniach. On mówił jak nauczyciel z Oxfordu i dżentelmen. Wahał się, bo nigdy nawet nie marzył, by głosić pod otwartym niebem.
Pomimo opozycji swego brata, Wesley z niechęcią, ale zdecydował się pojechać do Bristol. Bardziej w roli męczennika niż radosnego apostoła. Ale kiedy się to już stało, „płonąca żagiew” została przeniesiona przez próg prawdziwej misji w jego życiu. Odtąd Wesley głosił ponad 3000 razy pod gołym niebem. Nawrócenia były tak realne, jak w opisie Jonatana Edwardsa (Wesley pisał: „Padali ze wszystkich stron jak rażeni piorunem”) i przychodziły z każdej strony. Rozpoczęło się metodystyczne przebudzenie. W samym Wesley'u spowodowało to niezwykłe rezultaty. Do tego momentu był on pełen obaw, lęku i powierzchowności. Po ewangelizacji w Bristol zapłonął dla Boga. W Aldersgate przeszedł on od pozornej do rzeczywistej wiary, od nadziei do posiadania. Edwards i Whitefield pokazali mu, że Słowo właściwie głoszone rodzi widoczne owoce. I teraz przed jego oczami były zbiory tych owoców.
Po pierwszej wiośnie 1739 r. w Bristol Wesley zaczął nieść Ewangelię biednym, gdziekolwiek chcieli go słuchać. W czerwcu pisał: „patrzę na cały świat, jak na swoją parafię. Sądzę, że to mój święty obowiązek ogłaszać wszystkim, którzy chcą słuchać, radość zbawienia“. Głosił w więzieniach, gospodach, na statkach do Irlandii, w amfiteatrze w Cornwalii. Głosił do 30 tys. słuchaczy na raz, a kiedy odmówiono mu wstępu do kościoła w Epworth, głosił setkom słuchaczy na parafialnym cmentarzu, gdzie stał na grobie swego ojca. Wesley zapisał w swoim dzienniku pod datą 28 VI 1774 r., że jego minimalna trasa w roku to 4500 mil (ok. 7200 km). Znaczy to, że w ciągu swego życia przejechał 250 tys. mil - czyli 10-krotnie okrążył ziemię. Wygłosił 42 tysiące kazań. Swoje podróże najczęściej odbywał w siodle i wkrótce doszedł do takiej wprawy w popuszczaniu cugli, że mógł czytać książki czy przygotowywać kazania jadąc konno do następnego miasta. We wczesnych latach podróży Wesley'a tłumy nie zawsze były przyjazne. Kamienie i inne przedmioty nie raz latały w kierunku kaznodziei. Raz, podburzony przez wrogiego dziedzica lub pastora, motłoch rzucił się na niego i Wesley został pobity. Mimo to nie bał się ludzi. Przez silny osobisty magnetyzm często wywoływał u słuchaczy strach podporządkowując sobie wrogi tłum i na czas potrafił powstrzymać agresję. A nie był człowiekiem szacownej postury, nawet jak na tamte czasy – 165 cm wzrostu i 57 kg wagi.
Wesley głosił naukę o uniwersalizmie łaski i w swojej misji często podkreślał to, co nazywa się arminianizmem; był jedynym znaczącym liderem Ewangelicznego Przebudzenia, który się tego trzymał. Jednak był on nie tyle zwolennikiem Arminiusa, ile raczej zagorzałym przeciwnikiem kalwińskiej doktryny o predestynacji. Wesley podkreślał, że Bóg pragnie zbawić wszystkich ludzi i że człowiek ma dość wolnej woli, by wybrać lub odrzucić łaskę. Głosił zwyczajne zbawienie przez wiarę, ale podkreślał też doktrynę chrześcijańskiego perfekcjonizmu – miłość do Boga powinna w ludzkim sercu zagościć na tyle mocno, aby wyprzeć wszystkie skłonności do grzechu. Przy czym chodziło mu nie tyle o bezgrzeszność, ile o realną możliwość wolności od grzechu.
Wesley był genialnym administratorem. Naśladujące jego wzór „societies” ogarnęły całą Anglię, Irlandię i Walię. To nie były jeszcze zbory w naszym rozumieniu. Większość z tych wierzących to byli członkowie Kościoła anglikańskiego i Wesley popędzał ich do uczęszczania do ich macierzystych parafii na nabożeństwa i wieczerzę. On sam był ciągle gorliwym członkiem probostwa Epworth. Ale nawróceni znajdowali centrum swojego chrześcijańskiego doświadczenia w grupach metodystycznych, gdzie wyznawali swoje grzechy sobie nawzajem, podporządkowywali się dyscyplinie swoich liderów, łączyli się w modlitwach i pieśniach. Charles Wesley, który doświadczył łaski Bożego przebaczenia na 3 dni przed Johnem napisał ponad 6 tysięcy (może nawet 7 tysięcy) hymnów i refrenów na te spotkania. Dla niektórych historyków to właśnie te hymny są największym spadkiem Przebudzenia i w nich dopatrują się narodzin metodyzmu. Hymny Charlesa uczyły teologii i pozwalały ludziom na wyrażanie swoich doznań.
Naśladując doświadczenia braci morawskich Wesley podzielił „societies” na mniejsze grupy, 12 osobowe „classes” (łac. classis - sekcja, grupa). Początkowo ich głównym zadaniem było wspieranie finansowe ewangelizacji - zbierali 1 pensa tygodniowo na pracę ewangelizacyjną. Ale wkrótce Wesley zrozumiał, że „poborca” mógłby też służyć jako duchowy przewodnik grupy i że członkowie jego „klasy” mogliby zachęcać siebie nawzajem w swoim duchowym rozwoju - i to jest właśnie najbardziej twórcza cecha metodystycznego przebudzenia. Kiedy praca się wciąż rozwijała Wesley postanowił zaangażować laików z „societies” i „classes” jako kaznodziejów i asystentów. Ostrożnie unikał nazywania ich pastorami i odmawiał im autorytetu administrowania sakramentami. Oni byli, jak mawiał, jego osobistymi „pomocnikami”, bezpośrednio odpowiedzialnymi przed nim, tak jak on uważał się za odpowiedzialnego przed Kościołem anglikańskim.
Około 1744 r. Wesley zauważył niemożność utrzymywania osobistych kontaktów ze wszystkimi z nich; dlatego wraz z kilkoma ordynowanymi współpracownikami i kilkoma ciągle „świeckimi” kaznodziejami utworzył Doroczną Konferencję. To spotkanie pomagało modelować doktrynę ruchu i utrzymywać dyscyplinę i porządek, jakkolwiek Wesley miał zawsze głos decydujący. On traktował swoich „asystentów” jako rodzaj „milicji”, przerzucając ich często z jednego przydziału do drugiego, ale w ramach tego samego zadania: ewangelizacji i chrześcijańskiego wychowania.

Metodyści
„Patrzymy na siebie nie jak na twórców czy przywódców partykularnej sekty czy partii - jak myślę - ale jak na posłańców Bożych do tych, którzy są chrześcijanami tylko z nazwy, ale poganami w sercach i życiu, by wołać ich z powrotem do tego, od czego odpadli, do prawdziwego, autentycznego chrześcijaństwa“. W ten sposób około 1748 r. ludzie zwani metodystami - jak pietyści w Niemczech - byli Kościołem wewnątrz Kościoła. Przez następne 40 lat Wesley opierał się wszelkiej presji, czy to jego własnych naśladowców, czy oskarżeń biskupów anglikańskich, którzy sugerowali separację od Kościoła anglikańskiego. Mawiał – żyję i umrę jako członek Kościoła anglikańskiego. Natomiast niedługo przed jego śmiercią potrzeby metodystów w Ameryce poprowadziły go de facto do znaczących kroków ku separacji. Długo przed amerykańską wojną o niepodległość Wesley wysłał do kolonii Francisa Asbury i praca zaczęła się tam bujnie rozwijać. W 1773 r. w Filadelfii zorganizowano I Amerykańską Konferencję Metodystyczną - amerykańskie „societies” potrzebowały więcej ordynowanych liderów. Apele Wesleya do biskupa Londynu pozostały bez echa, więc wziął sprawy w swoje ręce. Dwóch spośród swoich laickich kaznodziejów postanowił „ustanowić” do amerykańskiej służby, a doktora Thomasa Coke’a mianował superintendentem amerykańskich metodystów. Było to istotne naruszenie anglikańskich porządków. Po tym jak bożonarodzeniowa konferencja w Baltimore w 1784 r. wybrała Coke’a i Asbury’ego swoimi „superintendentami” Kościół metodystów w Ameryce stał się oddzielną denominacją.
Wesley kontynuował swoje zwiastowanie prawie do śmierci. Zmarł w Londynie 2 III 1791 r. w wieku 88 lat (Whitefield 3 lata wcześniej) - zostawiając po sobie 79 tys. naśladowców w Anglii i 40 tys. w Ameryce (24,5 mln w 1980 r.) oraz 1500 wędrownych kaznodziei. Po jego śmierci angielscy metodyści poszli w ślad za amerykańskimi odchodząc od Kościoła anglikańskiego.
Wpływ Wesleya i przebudzenia, które reprezentował, wykroczył daleko poza Kościół metodystów. Nauczał on, że za nawróceniem musi podążać zmiana stylu życia. Występował przeciw niewolnictwu, nadużywaniu alkoholu, był rzecznikiem rozwoju szkolnictwa, zachęcał do ciężkiej pracy i oszczędności. Ewangeliczne Przebudzenie odnowiło życie religijne w Anglii i jej koloniach, podniosło na wyższy poziom życie biednych, stymulowało misje zamorskie i zainteresowania socjalne ewangelicznych chrześcijan w XIX i XX wieku. Elie Halevy, England 1815 (wyd. 1915) podaje stabilność i ciągłość angielskiego społeczeństwa i instytucji w latach 1750-1815 w opozycji do zamieszania i niestabilności Francji w analogicznym czasie. Anglii oszczędzono wówczas rewolucji, mimo że wiele czynników zdawało się wskazywać na jej nieuchronność. Stabilizujący wpływ Przebudzenia Ewangelicznego i masowe odrodzenie angielskiego protestantyzmu było znaczącym czynnikiem chroniącym przed francuskim stylem rewolucji. Wraz ze zmianą dusz skutki przebudzenia zaledwie się rozpoczęły. Do dalszych należy socjalna troska nowych chrześcijan praktykująca Chrystusową litość dla biednych i potrzebujących, w wielkim stopniu podnosząca angielskie społeczeństwo z niskiego i zdeprawowanego stanu lat wcześniejszych i zatrzymująca rewolucję za progiem. „W kolosalnej pracy organizacji socjalnych, które są jednym z charakterystycznych dominantów XIX-wiecznej Anglii, trudno jest przecenić rolę odegraną przez Wesleyańskie Przebudzenie“. Wczesne metodystyczne sukcesy w służbie dotkniętym ubóstwem i organizowanie wielu z nich w przyzwoite, prawomyślne wspólnoty było tylko jednym z ich dokonań. W dodatku Przebudzenie okazało się pomocne w dziele uczulania sumienia wielu prominentnych polityków, którzy wówczas pracowali nad licznymi reformami, wśród których najważniejszą był zakaz handlu niewolnikami.
Przypisy:
1. Bardzo tradycyjne, bliższe katolicyzmowi, skrzydło Kościoła anglikańskiego - w odróżnieniu od bardziej ewangelicznego low-church.

2. Nonkonformiści - radykalni purytanie, którzy odłączyli się od Kościoła anglikańskiego.

3. Słynna pietystyczna wspólnota Braci Morawskich w Saksonii.

4. W latach 30. XVIII w. było to jedno z ognisk zapalnych tzw. Wielkiego Przebudzenia amerykańskiego.

Brak komentarzy:

Łączna liczba wyświetleń