piątek, 16 grudnia 2011

Bohaterowie wiary - niezwykła historia pastora Hsi

PASTOR HSI (XI SHENG MO) (1836 - 1896)
Samotna kobieta, modląca się za innymi, oddany i poświęcony misjonarz oraz dumny i świetny uczony konfucjonizmu - tylko potężna ręka Boża mogła połączyć tych troje razem, by wykonali Jego dalekosiężny cel. Nasz niebiański Ojciec poruszy Niebo i ziemię dla pragnącej duszy.
W tym przypadku było to wołanie serca Chińczyka, Hsi Shengmo, które dotknęło serca Bożego. Tak więc, kiedy metodystyczne Towarzystwo Misyjne postanowiło wypożyczyć Dawida Hilla, swojego misjonarza, dla wewnętrznej misji chińskiej, nie było przypadkiem, że wybrano człowieka z wielkim sercem dla studentów w Chinach, wysyłając go do Shansi, miasta oddalonego tylko dwanaście mil od wioski Hsi.
Jeszcze cudowniejsze jest to, że On nie tylko dał temu misjonarzowi mądrość, jak dotrzeć do tej nietykalnej klasy, ale poruszył serce samotnej kobiety w Anglii, znanej z modlitw wstawienniczych, by poświęciła swoją energię na duchową walkę w intencji Hilla. Niedokończony list, który znaleziono na jej biurku po jej śmierci został wysłany do Dawida Hilla, o którego modliła się szczególnie intensywnie, by Bóg błogosławił jego pracę w szczególny sposób w tym właśnie czasie. Ta orędowniczka wyraźnie odczuwała, że została wysłuchana, chociaż nie wiedziała, jaką formę to błogosławieństwo przybierze. Data tego listu wskazywała na związek z nawróceniem pastora Hsi, którego nazywała owocem jej zwycięstwa.
Hsi Shengmo, zamyślone dziecko, urodził się w bogatej i kulturalnej rodzinie chińskiej w zachodnim Chang, wiosce w prowincji Shansi, w roku 1836. Kiedy dorastał, nikt nawet z jego najbliższych nie wiedział, że pod jego sprytną szatą i jasnym płaszczem, głęboko w jego dziecinnej piersi, kłębiły się myśli o nieśmiertelności. Tylko Bóg, którego nie znał - Ojciec, którego nie nauczono go kochać - widział jego cichą postać, która podczas wielu nocy letnich błądziła w samotności pod gwiaździstym niebem, starając się w ich głębi znaleźć odpowiedź na problem istnienia. Zadawał pytanie - „Jaki jest pożytek z życia na tym świecie? Człowiek nie znajduje dobra. A co na końcu”?
Lata mijały szybko. Młody Hsi studiował pilnie, by kiedyś w przyszłości osiągnąć stopień, który postawi go w szeregach uczonych Konfucjusza. Wśród jego przyjaciół był wysoko uduchowionym chłopcem, bardzo silnego charakteru i urodzonym przywódcą. Kiedy jednak był sam, ciągle dręczyły go te same pytania; ach, jakże pragnął znaleźć na nie odpowiedź!
Kiedy jego ojciec, stary nauczyciel Hsi zmarł, jego posiadłość została podzielona. Młody Hsi nabył farmę na obrzeżach miasta. Ukończył już edukację, dlatego też szybko zdobył uznanie w oczach prostych wieśniaków i proszono go, by był rozjemcą w ich sporach, sprawach prawnych i innych nagłych przypadkach. W wyniku tego reputacja o jego mądrości rozeszła się daleko.
Jednakże Hsi, jak i inni zapaleńcy tego świata, nie nabywali szczęścia i pokoju duszy za takie zaszczyty. Jego pierwsza żona zmarła bezdzietnie, a konfucjonizm nie dawał nic, co by uspokoiło zamęt w jego duszy. Nie potrafił się odnaleźć w oddawaniu bałwochwalczej chci Buddzie. Studiowanie klasyki chińskiej, chociaż rozwijało intelektualną stronę jego natury, nie dało mu pokoju.
Kiedy miał trzydzieści lat, ożenił się po raz drugi z młodą, nastoletnią dziewczyną, która stała się jego kochającą i rozumiejącą go żoną.
Jednak ciągły konflikt w duszy Hsi wpływał ujemnie na jego zdrowie. Kiedy przyjaciele przekonywali go, że okazyjne wypalenie fajki opium może mu przynieść ulgę, zgodził się. Na nieszczęście okazało się, że po chwilowej uldze zastępowała głębsza depresja ducha, niż odczuwał przedtem. Narkotyk zaczął swoje niszczące dzieło i Hsi wkrótce był uzależniony i musiał go używać coraz częściej, aż został z niego tylko cień człowieka. Powierzony śmierci przez żonę i przyjaciół, został ubrany w najlepsze ubranie i położony na łóżku, oczekując wezwania od nieubłaganego żniwiarza.
Ku wielkiej uldze, jego zmęczony światem duch wydawał się opuszczać jego ciało. Nagle został zatrzymany przez stanowczy rozkaz: „Wróć, wróć”! Ku jego zasmuceniu ten rozkaz został wykonany i ten chory człowiek znowu stanął przed realnością życia. Po swoim nawróceniu Hsi nigdy nie uznał, że to była fantazja chorego umysłu, ale czuł, że był to głos samego Boga, Którego miłosierdzie trwa „od wieków aż na wieki”.
W roku 1877 prowincję Shansi dotknął głód o zasięgu dotąd niespotykanym. Przez kilka lat niebo zdawało się być miedziane, nie było deszczu i w konsekwencji nie było plonów. Ludzie z głodu tracili wszelkie poczucie człowieczeństwa, zjadając nawet ciała innych ludzi. Trzy czwarte populacji tej kiedyś żyznej prowincji zginęła z głodu, chorób i popełniając samobójstwa.
Wśród tego bezprecedensowego cierpienia rozeszły się dziwne wieści o dwóch obcokrajowcach, którzy przybyli do pobliskiego miasta. Byli ubrani po chińsku, ale przywieźli z sobą religę, o której ludzie z Shansi nigdy nie słyszeli. Hsi podzielał ogólną wrogość względem tych obcych, ale mimo woli był ciekaw ich nowej religii.
Później dowiedzieli się, że ci dwaj obcy; nauczyciel Li (Dawid Hill) i pan Teh (Turner) rozdzielali żywność i pieniądze dla głodujących ludzi. W następnym roku, poprzez pomoc w postaci różnych darów i dostaw zboża przez misjonarzy, zlikwidowano głód i nastały dla Shansi jaśniejsze dni.
Pewnego dnia w wiosce w zachodnim Chang było wielkie podniecenie. Jeden ze starszych braci Hsi wbiegł do domu i wołał z entuzjazmem: „Starszy-czwarty, starszy-czwarty, gdzie jesteś? Tylko zobacz. Ty jesteś człowiekiem od pisania opowieści. Nikt nie jest lepszy! Jeżeli się nie boisz, to teraz masz szansę”.
„O co chodzi”? - zapytał uczony, niechętnie odkładając fajkę, by posłuchać tych wiadomości.
Jego brat odpowiedział: „Tylko słuchaj. Pewni uczeni powrócili ze stolicy po egzaminach i przynieśli takie pisma - jakieś ogłoszenia, przekazane przez zagranicznego nauczyciela”. Z zaciekawieniem zbierali się sąsiedzi, by posłuchać tych nowin. Hsi wolno czytał na głos następujące ogłoszenie:
„Chcąc ułatwić jasne zrozumienie Drogi Niebiańskiej postanowiłem postawić sześć tez i z całym szacunkiem zaprosić uczonych z Shansi do wyrażenia swoich odczuć na ich temat, by traktując każdą z nich oddzielnie, napisali na ich temat rozprawy naukowe”.
Potem następowały szczegóły, wyjaśniające, czego te tezy dotyczą, obejmując takie zagadnienia, jak modlitwa, opium, posągi, bogów i jak można oczyścić serce i życie. Do tego ogłoszenia dołączony był pakiet książek i broszur chrześcijańskich, które każdy uczony ma przestudiować przed napisaniem swojej rozprawy.
Hsi był w rozterce. Nie chciał się mieszać w sprawy obcego kraju, ale będąc tym zainteresowany, rozważał tą sprawę. Obiecane nagrody miały jakąś wartość, a zachęcony przez rodzinę, zgodził się. Pod czterema tytułami napisał cztery rozprawy, pracując często do późnej nocy. Jego żona powiedziała, że kiedy on pisał, nad drzwiami jego pokoju zauważyła dziwne światło, więc stwierdziła: „To wskazuje, że bogowie to akceptują. Przed tobą jest lepsza przyszłość”.
Wreszcie rozprawy zostały ukończone i oddane do sprawdzenia. We właściwym czasie ogłoszono wyniki. Hsi otrzymał trzy z czterech nagród. Pozostało mu tylko pojechać do domu misjonarza i odebrać pieniądze; ale w tym leżała trudność. Odległość wynosiła dziesięć mil, ale to nie dystans stanowił problem. To jego dawne obawy i uprzedzenia do obcokrajowców spowodowały, że ten uczony się wahał. Wreszcie jego szwagier zgodził się mu towarzyszyć. Później Hsi tak opisał to spotkanie:
Jak światło dnia rozprasza ciemność, tak obecność pana Hilla rozwiała wszelkie obawy, jakie miałem. Zniknęło całe poczucie strachu, a mój umysł doznał pokoju. Zauważyłem jego dobrotliwe oczy i wspomniałem słowa Menciusa; „Jeżeli serce człowieka nie jest dobre, jego oczy na pewno to zdradzą”. Ta twarz przekonała mnie, że jestem przed prawdziwie dobrym człowiekiem.
Hsi udał się w drogę powrotną do swojej wioski, a Dawid Hill na swoje kolana. Kilka dni później w domu Hsi pojawił się posłaniec z wiadomością, że nauczyciel Li chciał spotkać się z uczonym w ważnej sprawie. Kiedy dowiedział się, że pan Hill chciał jego pomocy w studiowaniu chińskich klasyków, chętnie się zgodził.
Chociaż Hsi o tym nie wiedział, zbliżał się do krzyża Golgoty, gdzie znalazł odpocznienie dla duszy chorej z powodu grzechu. W małym pokoju, który mu przydzielono, znalazł egzemplarz Nowego Testamentu. Z początku wziął go jakoś ostrożnie, ale zanim się spostrzegł, ta mała Książka zaczęła wywierać na niego dziwny wpływ. Godzinami czytał i rozmyślał, paląc przy tym swoją fajkę opium, takie zło konieczne. W jakiś dziwny sposób ta Książka dała mu nadzieję na wyzwolenie z tego okrutnego nałogu.
Pewnego dnia, kiedy czytał historię ukrzyżowania, moc, która przez wieki pociągała „spracowanych i obciążonych”, zaczęła rozciągać swoją magnetyczną siłę na dumne serce Hsi. Upadł na swoje kolana, z Książką przed sobą i czytał ją z płaczem. Ten umierający, a jednak żywy Zbawiciel objął jego duszę Swoją wielką miłością. Skończyły się jego poszukiwania, a jego udziałem stał się pokój, jak rzeka. Teraz ten niewolnik grzechu stał się dobrowolnym niewolnikiem Syna Bożego. To, co otrzymał, pochodziło od Boga i Hsi był tego pewien.
W niedługim czasie wielki wróg ludzkości przypuścił na niego atak z użyciem całej swojej diabelskiej mocy, opanowując go pragnieniem opium. Hsi przez tydzień nie jadł ani nie spał. W zaciekłej walce pomiędzy siłami zła i dobra, gdyż taką staczał, przeżył prawie każdą męczarnię, znaną ludzkości. Słabość, omdlenia, zawroty głowy, wyczerpanie, gorączka, dreszcze, depresja - wszystko to atakowało jego osłabioną strukturę. Pan Hill dawał mu normalne lekarstwa, ale nie skutkowały.
Zanoszono za nim „ustawiczne modlitwy”. Kiedy walka była najbardziej krytyczna, uzależniony wołał, „choćbym nawet miał umrzeć, już nigdy nie dotknę opium”. W chwilach lekkiej ulgi brał Nowy Testament i otwierał wersety na temat Pocieszyciela. Nagle zostało mu objawione, że Duch Święty może mu pomóc przezwyciężyć ten konflikt.
Wtedy i tam poddał się zupełnie Bogu i natychmiast spokój Nieba zstąpił na jego obolałe ciało i do jego strapionej duszy. Później Hsi napisał o tym błogosławionym Duchu:
On uczynił to, czego człowiek i medycyna nie potrafiła. Od tego momentu moje ciało zaznało doskonałego odpocznienia. Wtedy poznałem, że zrzucić z siebie jarzmo opium, bez wiary w Jezusa, byłoby niemożliwe.
Kiedy ten nowo nawrócony czytał Pismo Święte z oświeconą przez Ducha wizją, zobaczył, że naucza ono, iż Duch Święty był obiecany, by przebywał w nas. Dowiedział się, że istnieje chrzest w Duchu Świętym, którego potrzebuje każdy wierzący. Jego niedawne przeżycie wyzwolenia z niewoli opium, przypisane działaniu Pocieszyciela, jeszcze wzmogło jego pragnienie pełni tego, co mogło być dla niego.
Pewnej nocy, kiedy był sam w pokoju i modlił się o otrzymanie Ducha Świętego, jego duszę zalało Boże światło, miłość i moc. Później wydał takie świadectwo o tym chwalebnym przeżyciu: „Trzy razy w ciągu nocy Duch Święty zstępował i przepełniał moje serce”.
Wraz z otrzymaną obfitą łaską przyszło też intensywne pragnienie, by rozgłaszać możliwość takiego błogosławieństwa dla ludzi blisko i daleko. Uświadomił sobie, że Bóg mu zlecił takie zadanie. Nawrócony, uświęcony i powołany przez Ducha Świętego do głoszenia
Słowa, Hsi powrócił do swojej wioski, jako nowy człowiek. Jego żona, bracia i przyjaciele wyczuli w nim zmianę, ale dochodząc do wniosku, że został omamiony przez cudzoziemców, bardzo się rozgniewali. Stanowczo, choć uprzejmie zaczął palić wszystkie bożki, znajdujące się w domu.
Potem udał się z powrotem do Dawida Hilla w Pingyang, gdzie spędził dwa miesiące we wspaniałej społeczności ze swoim duchowym ojcem. W tym okresie napisał dwa traktaty: „Jak osiągnąć wyzwolenie z niedoli” oraz „Dziesięć przykazań Bożych”, które zostały wydrukowane i szeroko rozpowszechnione. W późniejszych latach skomponował około sześćdziesiąt pieśni, które znalazły szerokie zastosowanie w chińskich kościołach chrześcijańskich.
Kiedy nauczyciel Li otrzymał nowe zadanie, zostawiając stację misyjną w Pingyang w innych rękach, Hsi wrócił do swojego domu, by być przykładem i rozgłaszać to, czego doświadczył z czyniącej cuda mocy Bożej. Zaprosił swoją starą macochę, by zamieszkała u niego. Różnice zdań i kłótnie między jego starszymi braćmi były publicznie prostowane. Dla swojej żony był najbardziej troskliwym i uprzejmym i chociaż przez pewien czas nie rozumiała prawdy o religii, która tak zawładnęła jej mężem, kiedy zstąpiła na nią niebiańska wizja, nie pozostała nieposłuszna.
Wtedy nastąpił jeden z największych kryzysów w jego chrześcijańskim życiu. Pani Hsi, wbrew jej naturalnemu usposobieniu, poddała się nastrojom głębokiej depresji. Odmawiała wykonywania obowiązków domowych i czasami nie mogła jeść ani spać. W czasie rodzinnych społeczności modlitewnych wybuchała gniewem, używając najgorszych słów. Stało się jasne, że jej prawdziwy problem, to opętanie demoniczne.
Hsi był rozgoryczony, ponieważ mieszkańcy wioski już prawie byli przekonani, by odwrócić się od bałwanów do Boga. Teraz wydawało się, że wszystko zostało stracone, ponieważ zaczęli wyszydzać tego tak zwanego „pogromcę demonów”, gdyż takie imię sam sobie wybrał. Hsi pościł i modlił się przez trzy dni. Potem, słaby na ciele, ale mocny w wierze, włożył ręce na swoją cierpiącą żonę i w imieniu Jezusa rozkazał demonom, by ją opuściły. Na dźwięk tego świętego imienia wyszły i pani Hsi już nigdy nie miała takich przeżyć. Żyła i pracowała, będąc wzorową pomocnicą swojego męża, który stał się szeroko znany, jako „pogromca demonów”. To przeżycie wzmocniło jego wiarę i w następnych latach miał wiele okazji, gdzie imię Jezus dokonywało takich cudów.
Zaprzestał używania opium, ale przez pewien czas, jako pomoc finansową, uprawiał pole maku, z którego wyrabiano ten narkotyk. Potem kierując się Pismem Świętym, „Jeżeli mięso gorszy mojego brata, nie będę jadł mięsa, jak długo świat będzie istniał”, oraz „Nie szukając własnej korzyści, ale korzyści innych, aby mogli być zbawieni”, zrezygnował z tej uprawy.
Dawid Hill miał przeświadczenie, że jeden z jego małego zespołu, który pozostawił, zostanie pasterzem tej trzody. Płaszcz padł na Hsi. Ten chiński sługa Boży nauczył się już na początku, że tylko modlitwa może dać zwycięstwo nad szatanem. Jego opis ceny, płaconej za życie modlitwy, jest wyzwaniem dla wszystkich:
W obliczu wielu ofiar szatana, moja żona i ja przez prawie trzy lata rzadko zdejmowaliśmy ubranie, by położyć się do snu, abyśmy byli bardziej gotowi do czuwania i modlitwy. Czasami będąc w samotności, spędzałem całe noce na modlitwie i wtedy zstępował Duch Święty. Często moja matka zauważała światło w sypialni około północy, po czym poznawała, że my ciągle oczekujemy przed obliczem naszego Niebiańskiego Ojca.
Postanowiliśmy w naszych myślach, słowach i czynach podobać się Panu, ale teraz uświadomiliśmy sobie bardziej, niż kiedykolwiek naszą słabość; to, że jesteśmy niczym i że tylko starając się wykonywać wolę Bożą, czy to w pracy, czy podczas odpoczynku, czy to w czasie pokoju, czy doświadczeń, czy w dostatku, czy w biedzie, wszędzie i zawsze polegając tylko na Duchu Świętym, będziemy mogli wykonać pracę Pańską, do której On nas powołał. Jeżeli odnosiliśmy sukcesy, oddawaliśmy całą chwałę naszemu Ojcu Niebiańskiemu, a jeżeli nam się nie udawało, całą winę przyjmowaliśmy na siebie. Takie było stałe nastawienie naszego serca”.
Ofiary nałogu opium w Shansi zajęły teraz uwagę tego sługi Bożego. Szeroko rozpowszechnione używanie opium wymagało szczerych i intensywnych wysiłków, jeżeli uzależnieni mieli zostać uwolnieni. Jego pierwsze próby tej pracy rozpoczęły się w miasteczku oddalonym o około pięć mil od jego domu. Ponieważ brakowało mu pieniędzy, pani Hsi sprzedała część swoich ubiorów i biżuterii, zawsze niezmiernie cennych dla chińskiej żony. Wynajęli sklep i zapełnili go lekarstwami, na których on się trochę znał. Pokój za sklepem był ciekawie wyposażony, jako pokój gościnny, z chrześcijańskimi tekstami na ścianach.
Przez dwadzieścia lat system przyjęty w tym miejscu stał się wzorem dla czterdziestu do piećdziesięciu innych miejsc, otwartych jako schroniska dla nieszczęsnych ofiar opium. W każdym ośrodku setki ludzi były leczone tabletkami, które Hsi sam produkował na podstawie tajnej recepty, otrzymanej od Boga. Miłość i troska, prezentacja prawdy Ewangelii i wiele modlitw - były tak błogosławione przez Boga, że tysiące ludzi uzależnionych zostało uwolnionych i oni również zaczęli dla innych rozgłaszać wieści o swoim wyzwoleniu. Od każdego nowego pacjenta oczekiwano, że będzie uczestniczył w codziennych modlitwach. W rzeczywistości tylko ci, którzy chcieli modlitwę uczynić głównym środkiem leczenia, byli przyjmowani. Tabletki, które zastąpiły drogie lekarstwa z importu, a których dostawy czasem w najbardziej krytycznych chwilach nie dochodziły, były owocem okresu postów i modlitw, oraz wiedzy Hsi na temat rodzimych leków. Kiedy przygotowywał świeżą partię tabletek, pościł przez cały dzień.
Ci, którzy znali pastora Hsi, zauważyli, że jego życie chrześcijańskie było pasmem stałych walk z mocami szatana. Ponieważ Hsi atakował mocno chronione terytoria szatańskie, wzbudzał wściekłość piekła. Jego walka o stworzenie najbardziej efektywnego ostrza ewangelizacyjnego, centrum dla leczenia z opium, spotkała się z opozycją i krytyką. Pewnego razu nagromadzenie trudności wydawało się już nie do uniesienia. Rodacy przypisywali mu winę i nawet szeptali, że Hsi prowadził te domy dla osobistych korzyści. Z jego strony futra i jedwabie zostały zastąpione bardziej ekonomicznymi ubiorami z bawełny. Piękne satynowe obuwie zostało zamienione na bawełniane, a rzeczy osobiste sprzedane, by móc finansować projekt schronisk. Nic dziwnego, że szatan atakował tego pastora, często oskarżając go o chciwość i zachłanność.
Największym doświadczeniem był sprzeciw misjonarzy. Spójrzmy na jeden urywek jego skromnej autobiografii:
Niektórzy szanowani misjonarze napominali mnie bardzo gorliwie, bym zamknął te schroniska, mówiąc, że to przedsięwzięcie niebezpieczne. Gdyby to była kwestia moich własnych życzeń, nie robiłbym tego ani przez jeden dzień. Ponieważ jednak Pan mnie do tej pracy wprowadził, nie odważę się wycofać. Będę się jednak modlił w tej sprawie.
Zatrzymałem w moim sercu słowa wypowiedziane przez tych misjonarzy, nie starając się odrzucać takich rad. Od tego momentu moja siła i serce do tej pracy stawały się coraz słabsze i coraz trudniej mi było staczać walkę.
Hsi był tak mocno naciskany, by zrezygnował z tej pracy, że w swojej pokorze i uległości „starszemu” bratu, o mało się nie poddał. To uczucie spotęgowało się w związku z problemami schroniska dla kobiet, które teraz było w rękach młodych misjonarek. Zaskoczył kierownika, pana Hoste zapowiadaną wizytą, podczas której oświadczył, że nie może dalej prowadzić schroniska w Hoh-chau, gdzie było wiele trudności. Pan Hoste był tym zdziwiony i uważał, że gdzieś popełniono błąd, ale zamiast to powiedzieć, zaczął się modlić.
Hsi też udał się przed oblicze Pana z ciężarem na sercu. Był mocno strapiony i wybuchnął płaczem. Po północy wołał: „Panie, czy ja Cię zasmuciłem? Pokaż mi powód moich utrapień”. Otrzymał odpowiedź, że ma pomóc tym młodym kobietom, które z wielkim poświęceniem wykonują tą pracę. Miał zignorować krytykę i sprzeciwić się szatanowi przy pomocy duchowej zbroi.
Pan Hoste był naprawdę wdzięczny, kiedy ten oddany Chińczyk powiedział do niego: „Pan mi pokazał, że nie miałem racji. Zamiast rezygnować ze schronisk, muszę tam zaraz pojechać i postawić sprawy na nogi”.
Ten mąż Boży pojechał tam dosłownie w mocy kogoś Innego, a nie swojej własnej. Czasami był bardzo zmęczony i słaby i takie okoliczności zachęcały go do modlitwy i postu, gdyż w taki właśnie sposób Hsi wiedział, że jakiś problem wymaga natychmiastowej modlitwy. Zawsze, kiedy był pewny woli Bożej, albo problem był już rozwiązany, otrzymywał nadzwyczajną energię z góry i przystępował do pracy. Hsi wydawał się być szczególnie wyposażony w duchową czułość. Jego całe ciało i dusza wydawały się stawać płytą rezonansową lub anteną, wyczuloną na najdelikatniejsze impulsy woli Bożej. Podobnie jak inni, którzy byli całkowicie oddani Panu przez wiele lat, on również rozwinął coś, co można nazwać odbiornikiem wiadomości z Nieba.
Było to życie prawdziwie apostolskie, w prostym znaczeniu tego słowa. W odpowiedzi na modlitwę wielu ludzi doznawało uzdrowień i niejeden opętany przez demony został uwolniony na rozkaz tego ukrzyżowanego z Chrystusem sługi Bożego.
Za tą Bożą moc trzeba było zapłacić właściwą cenę. W jednym przypadku Kong, człowiek opętany, wybuchnął szałem podczas konferencji. Uciszył się, kiedy tylko pastor Hsi wszedł do pomieszczenia. Później położył ręce na jego głowę i modlił się, aż otrzymał pewność, że nastąpiło trwałe uwolnienie.
Pewien młody misjonarz był pod takim wrażeniem, że nalegał, by Hsi przyjął pięćdziesiąt dolarów na kontynuowanie tej wielkiej pracy. Widząc wielkość tej sumy Hsi poczuł się nieswojo i odszedł na bok, by szukać woli Bożej i sprawdzić swoje serce i nie pozwolić, by weszła w nie chciwość. Wtedy mu doniesiono, że ten cierpiący opętany poczuł się gorzej, niż przedtem. Kiedy Hsi wszedł do pokoju, Kong krzyczał: „Możesz wejść, ale ja już się ciebie nie boję! Wtedy wydawałeś się wysoki pod niebiosa, ale teraz jesteś nisko, jesteś niski i mały. Nie masz już mocy nade mną”.
Pastor Hsi odczuł, że jest to prawdą. Zasmucony odwrócił się i poszedł po srebro, a za nim rozlegały się krzyki opętanego. Zwracając pieniądze, wyznał, że nagłe posiadanie tak wielkiej sumy pieniędzy oddzieliło go od Boga. Potem poszedł z powrotem w łączności ze swoim Mistrzem i cicho rozkazał w imieniu Jezusa, by ten dręczący duch wyszedł. Po strasznym, konwulsyjnym krzyku Kong umilknął, ale był bardzo słaby. To była niezapomniana lekcja dla Hsi, jak również dla wielu, którzy byli świadkami tego konfliktu.
Wielu rycerzy Bożych czuło by się w późniejszych latach upoważnionymi do życia mniej napiętego. Ten rycerz jednak nie. Przez ostatnie pięć lat życia, pastor i jego żona musieli nieść szczególnie ciężki krzyż, który nieśli bez szemrania dla swojego Mistrza i z powodu coraz większego pragnienia, by coraz więcej dusz było wyrwanych z królestwa szatana. Razem ponosili wielką ofiarę pracy w oddzieleniu. Była to najwyższa próba. Pastor Hsi tak przedstawił ten temat:
„Przez długi czas pragnęliśmy otworzyć schronisko dla kobiet, ale nie mieliśmy nikogo, kto by się tej pracy podjął. Dlatego poświęciłem moją żonę Panu do tej służby. Najpierw otworzyła schronisko dla kobiet w Hungtung, zanim przybyła tu pierwsza misjonarka. Zarówno ja, jak i moja żona w tej sprawie przeżywaliśmy wielkie pokusy. Często wydawało się, jakby miecz przeszywał moje serce i było to nie do uniesienia. Jednak chwała Panu, że diabeł został pokonany i praca idzie naprzód”.
Pani Hsi w obliczu tej ofiary doznawała jeszcze większego błogosławieństwa i w porównaniu z tym jej krzyż był lżejszy. Ta poświęcona, niewielka niewiasta podróżowała zazwyczaj w jednym kierunku, a jej mąż w drugim. Bóg błogosławił ich wysiłki. Zdobywali jedno miasto po drugim i i założyli szereg schronisk. Wzruszające są opisy krótkich przerw na społeczność małżeńską, w nabożeństwach, gdzie on miał przemawiać, albo kiedy ich powozy spotkały się w drodze. Był to przedsmak nieba, ale ten mąż i żona byli pielgrzymami i bardzo często ich drogi znowu się rozdzielały, gdyż tego wymagały potrzeby pracy. Pastor Hsi pisze o tym z największym uczuciem:
„Czy ja nie kocham mojej żony? Często ona jest na północy, a ja na południu; dlatego nieraz przez kilka miesięcy nie widzimy nawzajem swoich twarzy. Możemy tylko wzajemnie się modlić i płakać, szukając tego, co w górze i oczekując zapłaty, którą każdy otrzyma według swojej pracy. Biblia mówi: Czas jest krótki i dlatego ci, którzy mają żony, jakoby ich nie mieli. Moja żona i ja pamiętamy, że te miejsca Pisma Świętego są pocieszające i dlatego nasze serca są zachowane w pokoju”.
Podczas towarzyskiej rozmowy z przyjacielem Hsi upadł na ziemię nieprzytomny. Cierpiąc bardziej z powodu osłabienia, niż bólu, został przewieziony do swojego domu. Kiedy w przeciągu kilku tygodni ujawniły się symptomy poważnej choroby serca, jego własny werdykt odnośnie jego stanu brzmiał: „Pan zabiera mi moją siłę. Powód jest chyba taki, że moja praca dobiegła końca”. Przez sześć miesięcy Pan pozwolił mu jeszcze przebywać pośrod tych, którzy go kochali. Potem ten pogromca demonów osiągnął zwycięstwo nad ostatnim nieprzyjacielem - śmiercią - i wszedł do wiecznego odpocznienia. Jego walki się skończyły.



Brak komentarzy:

Łączna liczba wyświetleń