wtorek, 17 grudnia 2013

Droga Golgoty rozdz. 3

Droga społeczności           
Gdy człowiek upadł i wybór jego padł na uczynienie samego siebie — a nie Boga — centrum swego życia, wówczas następstwem stało się nie tylko zerwanie społeczności człowieka z Bogiem, lecz także ze swoim bliźnim. Tuż po relacji o pierwszym nieporozumieniu człowieka z Bogiem w trzecim rozdziale Księgi Rodzaju, czytamy o pierwszym nieporozumieniu człowieka ze swoim bliźnim, gdyż w czwartym rozdziale już jest mowa o morderstwie, którego dokonał Kain na osobie Abla. Upadek człowieka polegał po prostu na tym, że jak to ujął prorok Izajasz „każdy na drogę swą obróciliśmy się” (Iz 53:6). Jeśli wolę kroczyć mymi własnymi drogami raczej aniżeli drogami Bożymi, to jest rzeczą oczywistą, że będę wolał chodzić według mego widzimisię raczej aniżeli uwzględniać życzenia mego bliźniego. Człowiek w żadnym wypadku, o ile to tylko jest możliwe, nie poddaje swej woli i nie rezygnuje ze swej niezależności na rzecz innego człowieka, skoro uzurpował ją sobie, wyłamując się spod ręki Bożej. Niemniej świat, w którym każdy człowiek chce mieć wszystko po swojemu, nie może mieć innego oblicza, jak tylko kotła, w którym ścierają się bezustannie rozmaite poglądy, pełnego napięcia, barier, podejrzeń, nieporozumień i konfliktów.
Ale zadaniem, które postawił sobie Pan Jezus, umierając na krzyżu, było nie tylko przywrócić człowiekowi społeczność z Bogiem, lecz także przywrócić mu społeczność z bliźnim swoim. W istocie jest rzeczą niemożliwą, aby te dwie rzeczy nie szły z sobą w parze. Jeśli jednakże nie zaistniała pomiędzy mną a moim bratem żywotna społeczność, to jest to dowodem, że w tej samej mierze nie przybliżyłem się w sposób istotny do Boga, gdyż podobnie jak zbliżają się do siebie szprychy koła — im bliżej są środka tego koła, tak samo zbliżają się do siebie ci, których łączy rzeczywiście społeczność z Bogiem. Pierwszy List Jana z całym naciskiem rozkazuje nam (a co za cudowne światło przynosi ten list w obliczu duchowego przebudzenia!) abyśmy doświadczali prawdziwość i głębię społeczności człowieka z Bogiem poprzez prawdziwość i głębię jego społeczności z bliźnimi (1J 2:9; 3:14–15; 4:20). Niektórzy z nas już się przekonali, jak nierozerwalnie złączona jest nasza społeczność z Bogiem ze społecznością z naszymi bliźnimi. Każda choćby najmniejsza rzecz, która staje się barierą pomiędzy nami a naszymi bliźnimi, staje się jednocześnie barierą pomiędzy nami a Bogiem. Stwierdziliśmy także, że w wypadkach, gdy te bariery nie zostały usunięte natychmiast, stawały się coraz grubszymi, aż nareszcie stwierdziliśmy, że pomiędzy nami i Bogiem, a równocześnie pomiędzy nami i braćmi naszymi, powstała prawdziwie jakby gruba, z cegieł mocno zbudowana ściana, która nas całkowicie i od Boga i od brata oddziela. Jest więc rzeczą całkiem oczywistą, że z chwilą, gdy pozwolimy Nowemu Życiu napełnić nasze serca, to będzie się ono musiało objawiać przez chodzenie w jedności z Bogiem i z bratem naszym, przy czym nic nie śmie stanąć pomiędzy nami.
Światłość i ciemność
Na jakiej podstawie możemy mieć prawdziwą społeczność z Bogiem i z bratem naszym? I tutaj z całą świeżością przychodzi do naszych serc wypowiedź Jana w 1-szym Liście, 1:7: „A jeśli w światłości chodzimy, jako On jest w światłości, społeczność mamy między sobą, a krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu”. Pojęcie światła kojarzy się z objawieniem czegoś, zaś pojęcie ciemności z ukrywaniem. Jeśli coś nas strofuje i objawia, czym jesteśmy naprawdę, albo cośmy uczynili — to jest to światłem. „Wszystko, co się staje jawnym, światłością jest” (Ef 5:13). Ale ilekroć robimy coś, mówimy coś (albo coś przemilczamy), co ma na celu ukrycie tego, czym jesteśmy naprawdę, albo cośmy uczynili — to jest to ciemnością.
Pierwszym więc skutkiem grzechu w naszym życiu jest zawsze usiłowanie ukrycia tego, czym jesteśmy. Grzech sprawił, że nasi pierwsi rodzice usiłowali się ukryć za drzewami ogrodu i ma na nas taki sam wpływ po dzień dzisiejszy. Grzech zawsze sprawia w nas nieszczerość, udawanie, dwulicowość, robienie dobrego wrażenia na zewnątrz, usprawiedliwianie samych siebie, oskarżanie innych — a możemy robić te wszystkie rzeczy poprzez milczenie równie dobrze jak mówiąc, czy czyniąc cokolwiek. To jest właśnie, co poprzedni wiersz nazywa „chodzeniem w ciemności”. U niektórych z nas grzech, o którym tutaj jest mowa, może polegać na niczym więcej, jak tylko na chodzeniu w świadomości naszego „ja” (a wszystko, w czym znajduje się nasze „ja”, jest grzechem), zaś ukrywanie się może polegać na niczym więcej jak tylko na sztucznej serdeczności, w której jest zamaskowanie tego kompleksu — niemniej jest to chodzenie w ciemności.
Jako przeciwieństwo tego, co się znajduje w nas, wiersz piąty przedstawia nam Boga jako światłość, to znaczy, że Bóg jest Tym, który wszystko objawia i każdego człowieka stawia we właściwym świetle. W wierszu tym czytamy dalej: „a żadnej ciemności w Nim nie ma”, czyli innymi słowy nie ma w Bogu nawet najmniejszej cząsteczki czegoś, co mogłoby się łączyć z najmniejszą odrobiną nawet ciemności w nas, albo z jakimś najdrobniejszym naszym ukrywaniem się.
Jest więc rzeczą oczywistą, że jest zupełną niemożliwością, aby chodzić w najmniejszej mierze w ciemności, a równocześnie mieć społeczność z Bogiem. A jak długo pozostajemy w tym stanie ciemności, jest rzeczą niemożliwą, abyśmy mieli też jakąś społeczność z naszym bratem — bo nie jesteśmy w stosunku do niego szczerymi, a nikt nie może mieć społeczności z osobą nieszczerą. Mur nieufności nas w takim wypadku rozdziela.
Jedyny fundament społeczności
Jedynym fundamentem społeczności z Bogiem i z człowiekiem jest zupełnie otwarte podejście do jednego i drugiego. „A jeśli w światłości chodzimy, jak On jest w światłości, społeczność mamy między sobą”. Chodzenie w światłości jest przeciwieństwem chodzenia w ciemności. Spurgeon określa je w jednym ze swoich kazań jako „gotowość do poznawania i pozwolenia na poznanie siebie”. Jeśli chodzi o nasz stosunek do Boga, oznacza to, że jesteśmy gotowi poznać całą prawdę dotyczącą nas samych i że nasze serca gotowe są przyznać się do grzechu. W takim wypadku ugniemy karku już przy pierwszych wyrzutach sumienia. Wszystko, co Pan nam wskaże jako grzech, potraktujemy natychmiast jako grzech — a niczego nie będziemy ukrywali, albo się w danej rzeczy usprawiedliwiali. Tylko chodzenie w światłości z konieczności będzie coraz bardziej objawiało grzech w naszym życiu i ujrzymy, że grzechem są takie rzeczy, których za grzech nigdy przedtem nie uważaliśmy. Dla tej przyczyny będziemy się może wzdrygali przed tego rodzaju chodzeniem i będziemy kuszeni do szukania schronienia. Ale kosztowny ten wiersz mówi nam dalej: „A krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu”. Wszystko to, co światło Boże wykrywa i objawia jako grzech, możemy wyznać i zanieść do Zdroju oczyszczającego nas z wszelkiego grzechu, którym jest krew Jezusa Chrystusa, a wtedy wszystko znika sprzed oczu Bożych, a równocześnie i z naszych serc. Dzięki mocy najświętszej Krwi możemy stać się czystszymi nad świeży śnieg; a gdy w ten sposób ustawicznie pozostajemy w światłości i oczyszczeni bywamy przez Krew — mamy społeczność z Bogiem.
Społeczność, która nam została tutaj obiecana, jest jednak czymś, co dotyczy nie tylko Boga, ale też jest to społeczność „między sobą”, a to obejmuje chodzenie w światłości również z naszym bratem. Nie jest rzeczą możliwą, by pomiędzy nami i Bogiem była światłość, a pomiędzy nami i bratem naszym — ciemność. Oznacza to, że musimy być gotowi w równej mierze na przyjmowanie prawdziwych danych o nas samych ze strony naszego brata, jak je przyjmujemy od Boga. Musimy być przygotowani na to, że bliźni nasz zaświeci nam (a musimy też być gotowi usłużyć podobnie naszemu bratu) i wezwie nas do wyprostowania w naszym życiu czegoś, co nie jest na najwyższym poziomie. Musimy być gotowi nie tylko znać innych, lecz także być rozsądzanymi przez innych i dać się poznać, jakimi jesteśmy istotnie. Oznacza to, że nie będziemy usiłowali ukryć przed tymi, z którymi mamy mieć społeczność, naszego wnętrza: nie będziemy usiłowali niejako pięknie przystroić wystawy i udawać, że jesteśmy czymś, czym w rzeczywistości nie jesteśmy zupełnie. Nie będziemy się też usiłowali usprawiedliwiać i samych siebie wybielać. Będziemy gotowi na zrzeczenie się naszego zamykania się w sobie, jeśli chodzi o sprawy dotyczące naszego życia duchowego, wyrzeczemy się naszej pychy i zaryzykujemy utratę naszej dobrej reputacji, byle tylko być otwartymi i niejako przeźroczystymi w stosunku do naszych braci i sióstr w Chrystusie. Oznacza to również, że nie będziemy dawali miejsca jakimś uczuciom niechęci w stosunku do kogoś innego, ale natychmiast wszelkie takie rzeczy przyniesiemy Panu, wiarą przyjmując uwolnienie od nich i doprowadzimy daną rzecz do porządku z naszym bratem. W miarę, gdy chodzimy w ten sposób, stwierdzamy, że mamy społeczność ze sobą na zupełnie nowej płaszczyźnie i bynajmniej nie będziemy się miłowali mniej, lecz nieskończenie więcej.
Wolność od więzów
Chodzenie w światłości, to po prostu chodzenie z Panem Jezusem. Dlatego też nie ma tutaj mowy o jakimś skrępowaniu i o jakichś więzach. Nie jest rzeczą konieczną, abyśmy wszystkim ludziom wszystko co nas dotyczy opowiadali. Rzeczą ważniejszą jest natomiast nasze nastawienie, aby chodzić w światłości, aniżeli sam akt tegoż chodzenia w światłości. Chodzi o to, czy jesteśmy gotowi chodzić w światłości z naszym bratem i dać temu wyraz słowami, jeśli nam Bóg rozkaże? To jest prawdziwą „zbroją światłości” — tą przezroczystością, dozwalającą innym oglądać, co jest w naszym sercu. To może niekiedy być upokarzające, lecz dopomaga nam w nowym doznawaniu rzeczywistości obcowania z Panem Jezusem, a z drugiej strony służy do lepszego poznania samego siebie. My już do tego stopnia przywykliśmy do faktu, że Bóg wszystko o nas wie, że stajemy się jakby niewrażliwi na to, co dotyczy nas samych i wreszcie kończy się to nieuchronnie tym, że nie znamy prawdy dotyczącej nas samych. Jeśli jednak jakiś człowiek zacznie całkiem szczerze rozmawiać o sobie choćby tylko z jedną osobą, według tego jak nim pokieruje Bóg, to wynikiem tego będzie, że pozna siebie samego i swój grzech w taki sposób, jak go nigdy przedtem nie znał, ujrzy też wyraźniej niż kiedykolwiek przedtem, gdzie należy stosować w swym życiu — i to w coraz większej mierze — odkupienie Chrystusowe. Dla tej właśnie przyczyny Jakub zaleca nam podporządkować się dyscyplinie „wyznawania naszych upadków jedni przed drugimi”.
W pierwszym Liście Jana 1:7 celem „chodzenia w światłości” jest oczywiście zapewnienie sobie możliwości posiadania „społeczności między sobą”. A jak cudowna jest taka społeczność, jeśli razem kroczymy tą drogą! Jest rzeczą oczywistą, że od jednego do drugiego serca popłynie miłość, w miarę gdy każdy będzie gotowy dać się poznać jako pokutujący grzesznik, skłaniający się u stóp krzyża Pana Jezusa. Dopiero wtedy może nas Bóg uczynić całkowicie jednym, gdy wszelkie bariery zostaną zburzone, a wszelkie maski zdjęte z twarzy. A co więcej, mając tego rodzaju społeczność, cieszymy się również z poczucia całkowitej „pewności”, jaka ją cechuje. Już się więcej nie potrzebujemy obawiać, że inni będą przed nami taili jakieś myśli, jakie o nas mają, czy też jakieś reakcje w stosunku do nas. W społeczności, która jest chodzeniem w światłości pod krzyżem, mamy pewność, że jeśli powstanie jakaś myśl o nas, to zostanie ona natychmiast wywiedziona na jaw, i to albo w postaci wyznania w duchu pokory i złamania swego „ja” (w wypadku, gdzie została popełniona jakaś krzywda lub zaistniał brak miłości), albo też w formie pełnego miłości upomnienia, gdy zachodzi potrzeba powiedzenia nam czegoś, co winniśmy wiedzieć o samych sobie.
Nie wolno nam jednak zapomnieć o tym, że nasze chodzenie w światłości jest na pierwszym miejscu i przede wszystkim chodzeniem z Panem Jezusem. Najpierw musimy uporządkować wszystko z Nim i od Niego musimy otrzymać oczyszczenie i zwycięstwo. Wówczas, gdy Pan pokieruje nami ku otwarciu naszych serc innym, będziemy mogli podejść ku nim już nie tylko z wyznaniem, lecz raczej z świadectwem, (za wyjątkiem sytuacji, w których wyznanie jest koniecznie potrzebne), a wtedy będziemy uwielbiali swego Pana razem.
Zespoły liczące po dwie osoby dla spowodowania duchowego przebudzenia
Pan Jezus życzy sobie, abyś zaczął chodzić z Nim w światłości w całkiem nowy sposób już dziś. Uczyń to wspólnie z kimś innym jeszcze — twoim przyjacielem, czy przyjaciółką, którzy są również wierzący, z osobą, z którą mieszkasz, z twoją żoną, czy też twoim mężem. Zrzuć wszelkie maski. Niewątpliwie Bóg przekonał cię już o jakiejś rzeczy, co do której zachodzi potrzeba, abyś był zupełnie szczery w stosunku do tej osoby. Rozpocznij tutaj. Stwórzcie zespół, który pracowałby wspólnie dla sprawy duchowego odrodzenia, duchowego przebudzenia pośród waszego grona. W miarę gdy inni zostaną złamani pod Krzyżem, grono wasze się powiększy, stosownie do Bożego kierownictwa. Spotykajcie się od czasu do czasu dla społeczności i w celu wymiany duchowych doświadczeń — i to w duchu zupełnej szczerości. Zupełnie otwarcie módlcie się razem i za innych, i jako zespół idźcie do pracy dla Pana i wydawania świadectwa z świeżymi siłami. Bóg rozpocznie działać w cudowny sposób przez taki zespół. W miarę, gdy zacznie zbawiać i błogosławić innych w ten żywotny sposób, oni również będą mogli rozpocząć życie i pracę w podobnych społecznościach. I podobnie jak jedna kula bilardowa porusza drugą, tak jedna grupa poruszy serca drugiej, aż wreszcie cały kraj będzie napełniony Nowym Życiem płynącym ze zmartwychwstałego Pana Jezusa. 

ROY HESSION

Brak komentarzy:

Łączna liczba wyświetleń