niedziela, 14 listopada 2010

George Muller


Wśród największych pomników tego, co maże być dokonane przez prostą wiarę w Boga - są wielkie Domy Sierot (zajmujące powierzchnię 13 arów ziemi) przy ulicy Ashley Downs w Bristolu (Anglia). Kiedy Bóg włożył w serce Jerzego Millera pragnienie zbudowania tych zakładów, miał on w (swojej) kieszeni tylko 2 szylingi. Swoich potrzeb nie ogłaszał ludziom; Bóg jednak pokierował tak, iż przesłano mu stopniowo środki na budowę i utrzymanie zakładów. Przez wszystkie lata, od chwili przybycia pierwszych sierot do zakładów, Pan posyłał pożywienie we właściwym czasie, tak iż nigdy nie zdarzyło się, aby kie­dykolwiek dzieci nie otrzymały posiłku.
Chociaż Jerzy Muller stał się sławny jako jeden największych w historii mężów modlitwy, to nie znaczy to, że był od razu święty. Od młodości brnął bardzo głęboko w grzechu, dopóki nie znalazł go Chrystus.
Jerzy Muller urodził się 27.9.1805 r. w Kroppenstadt. Ojciec jego był poborcą podatków, do spraw religii odnosił się obojętnie, a do dzieci swoich niepedagogiczne, dawał im na przykład zbyt dużo pieniędzy.
Życie Jerzego Mullera można podzielić na 5 okresów:
I okres: to lata do nawrócenia i odrodzenia (rok 1805-1825);
II okres: to lata pracy i nauki w różnych miejscach (rok 1825 -1835);
III okres: to lata pracy w Bristolu (rak 18:35-1875);
IV okres: to podróże misyjne (1875-1892);
V okres: to ostatnie lata po podróży misyjnej (1892-1898).
Muller mając niespełna 10 lat, był już notorycznym złodziejem. W takim stanie ojciec postanowił jednak oddać syna do uczelni, aby stał się kaznodzieją, ale nie dlatego, aby mógł służyć Bogu, lecz żeby miał w przyszłości łatwe życie w kościele państwowym.
"Mój czas - mówi Muller - był teraz spędzony na studiowaniu, czytaniu przewrotnych powieści i rozpuście: takie życie pędziłem do 14 lat, wówczas, kiedy umarła mi matka. Tej nocy, kiedy umierała, ja grałem w karty aż do drugiej w nocy, a następnego dnia, był to dzień Pański, poszedłem z kilkoma towarzyszami grzechu do karczmy i tam upiwszy się mocnym piwem, wyszliśmy w takim stanie na ulicę".
"Stawałem się coraz gorszy. W trzy, albo cztery dni po tym zostałem konfirmowany, a przez to dopuszczony do udziału w Wieczerzy Pańskiej. Byłem w stanie wielkiej niemoralności; w owym dniu przed samą konfirmacją, kiedy byłem w kościele, aby przed kapłanem wyspowiadać się z grzechów (według zwyczaju), w formalny sposób oszukałem go, ponieważ wręczyłem mu tylko dwunastą cześć pieniędzy, które mi ojciec dał dla niego".
I tak z dnia na dzień głębiej zapadał w grzech marnując młode lata. Mając 16 lat, 'dostał się do więzienia. Po powrocie do domu otrzymał chłostę od ojca. Od tego czasu zaczął, ze względu na ojca, prowadzić przykładne życic, lecz tylko pozornie. "Ale podczas gdy zewnętrznie pozyskiwałem szacunek u mojego otoczenia, nie troszczyłem się wcale o sprawy Boże, lecz żyłem grzesząc bardzo nadal, tylko że potajemnie; w konsekwencji zachorowałem i przez 13 tygodni przywiązany byłem do łoża. Raz po raz czułem, że powinienem stać się innym człowiekiem, próbowałem zmienić swoje zachowanie, szczególnie gdy przystępowałem do Wieczerzy Pańskiej dwa razy w roku".
Będąc na uniwersytecie w Halle na wydziale teologii, zawarł Muller znajomość ze studentem nazwiskiem Beta, wielkim grzesznikiem. Brnęli więc w grzechu razem, aż w czerwcu 1825 r. Jerzy znów zachorował. Po wyzdrowieniu jednak nadal oszukiwał ojca i okradał kolegów.
"Pewnego sobotniego popołudnia w połowie listopada mówi Muller - poszedłem na spacer z moim kolegą, Betą. Wracając z tej przechadzki, powiedział on do mnie, że począł chodzić w sobotnie wieczory do domu pewnego chrześcijanina, gdzie odbywają się zebrania. Na moje dalsze pytania - powiedział mi, że czytają tam Biblię, modlą się, śpiewają i czytają duchowe kazania. Gdy usłyszałem to, wydało mi się, że to jest to, czego szukałem całe życia. Natychmiast zapragnąłem tam pójść z moim kolegą, który nie od razu chciał mnie zabrać, bo znał mnie jako wesołego, młodego człowieka i myślał, że nie będzie się mi podobało takie zebranie. W końcu poszliśmy razem". Po śpiewie, czytaniu Słowa Bożego i modlitwie Muller czynił sobie wyrzuty: "Ja jestem przecież o wiele więcej wykształcony i do czytania kazań mam więcej prawa, niż Werger (gospodarz domu), to potrafię robić, ale tak modlić się jak Werger, tego nie potrafię". Od tej chwili poczuł, jak z serca zaczyna mu tryskać źródło radości. W drodze powrotnej powiedział do Bety: "Wszystko, co widzieliśmy w czasie podróży po Szwajcarii i wszystko, cośmy poprzednio przyjemnego przeżyli, jest niczym w porównaniu z tym wieczorem. Czy klęknąłem na kolana po powrocie do domu, nie pamiętam, ale to wiem, że w· pokoju szczęśliwy położyłem się do łóżka. Nie miałem bowiem najmniejszej wątpliwości, że Jezus rozpoczął we mnie swoje dzieło łaski. Przeżywałem radość bez jakiegokolwiek smutku serca i jakiegoś głębszego poznania, ale ten wieczór był punktem zwrotnym w moim życiu. Moje życie stało się teraz całkiem inne. Pozostawiłem moich kolegów grzechu, przestałem chodzić do szynków. Przyzwyczajenie mówienia nieprawdy zostało zaniechane, chociaż jeszcze czasem pojawiało się. Czytałem Pismo Święte, modliłem się, często chodziłem do kościoła, miłowałem braci z właściwych motywów i stałem po stronie Chrystusa. Studenci, moi koledzy, zaczęli się ze mnie śmiać".
W kilka tygodni po swoim nawróceniu Muller czynił szybkie postępy w życiu chrześcijańskim. Pragnienie to rozbudził w nim pewien misjonarz swoim postępowaniem - oddał on wszystkie dochody wraz z domem dla Chrystusa. Na przeszkodzie Mullerowi stał ojciec, który nie zgadzał się z myślą Jerzego.
Ojciec bowiem chciał zapewnić synowi wygodne życie w zawodzie duchownego, a tymczasem syn chciał zostać misjonarzem. Jerzy Muller zaprzestał brać pomoc od ojca. Bóg posłał mu środki, aby mógł ukończyć naukę. Muller stał się narzędziem w zdobywaniu dusz dla Chrystusa. Wówczas kiedy Muller opuszczał uniwersytet w Halle, liczba prawdziwie wierzących zwiększyła się z 6 do 20 osób. Grupka ta często przebywała w pokoju Mullera na modlitwie, śpiewie i czytaniu Słowa Bożego.
W r. 1827 Muller zgłosił się na ochotnika, aby zostać misyjnym pastorem dla Niemców w Bukareszcie, ale jakieś zamieszki przeszkodziły w tym zamiarze. W r. 1828 na zaproszenie Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego przybył do Londynu. Wkrótce po przyjeździe do Anglii Muller przeżył wspaniałe chwile ze swoim Zbawicielem, jego życie zostało jeszcze bardziej przekształcone.
"Przyjechałem da Anglii słaby, słaby na ciele, w konsekwencji wielu studiów, jak sądzę, zachorowałem 15 maja. Stan był ciężki i wydawało się wtedy, że jestem nieuleczalnie chory. Im słabszy byłem cieleśnie, tym szczęśliwszy byłem duchowo. Nigdy przedtem nie widziałem siebie tak podłym, tak winnym, jak właśnie w tym czasie. Każdy grzech jak gdyby przychodził mi na myśl, ale w tym samym czasie już wiedziałem, że te wszystkie moje grzechy zostały przebaczone, że byłem omyty i zbawiony przez Krew Jezusa. Rezultatem tego był wielki pokój. Pragnąłem bardzo zejść z tego świata, a być z Chrystusem... Została mi dana łaska poddania się woli Bożej".
Powyższe przeżycia Muller uważał za te właśnie, które bardzo pogłębiły jego całe duchowe życie.
W piśmie "Christian" z 14 sierpnia 1902 r. Muller tak mówi: "Stałem się wierzącym w Jezusa Chrystusa na początku listopada 1825 r. W tej chwili minęło 69 lat i 8 miesięcy. Pierwsze 4 lata po nawróceniu były dosyć słabe. W lipcu 1824 r., a więc przed 66 laty, nastąpiło z mojej strony pełne oddanie serca. Oddałem siebie całkowicie Panu Jezusowi. Honory, przyjemności, pieniądze, siły fizyczne - wszystko złożyłem do stóp Jezusa i stałem się człowiekiem miłującym Słowo Boże. Znalazłem wszystko w Bogu i w ten sposób we wszystkich moich próbach czasu duchowego charakteru nic nie uległo zmianie przez 66 lat mojej pielgrzymki. Moja wiara jest nie tylko ćwiczona, jeśli chodzi o rzeczy doczesne, ale dotyczy wszystkich dziedzin, ponieważ trzymam się Słowa Bożego. Pomaga mi w tym moje poznanie Boga i Jego Słowa,
Muller podczas swojego pobytu w Devonshire przeżył wiele błogosławieństwa poprzez rozmowy i wspólne modlitwy z pewnym pastorem pełnym mocy.. Ducha Świętego. Muller odczuł, że zarówno w naszych dniach, jak i w czasach poprzednich, jedynym nauczycielem Ludu Bożego jest Duch Święty.
"Służby Ducha Świętego przedtem nie rozumiałem, gdyż nie dożywałem jej praktycznie. Rezultat był taki, że pierwszego wieczoru, gdy zamknąłem się w pokoju na medytację nad Pismem Świętym, nauczyłem się więcej, niż w poprzednich kilku miesiącach".
Po powrocie do Londynu Muller usiłował wprowadzić swoich braci w seminarium w głębsze prawdy, które sam poznał.
"Częstokroć, kiedy wracałem do mego pokoju po modlitwie rodzinnej, znajdowałem społeczność z Bogiem tak słodką, że kończyłem często modlitwę dopiero po północy. Będąc pełen radości, szedłem do braci, którzy podobnie jak ja odczuwali Pana, i tam kontynuowaliśmy przez godzinę lub dwie nadal modlitwę. Byłem tak pełen radości, że niełatwo było mi zasnąć. O szóstej rano zastałem znów braci na wspólnej modlitwie".
Muller odczuwając bliskość Boga postanowił opuścić Towarzystwo Misyjne i pójść pracować dla Boga tam, gdzie Bóg mu wskaże. Niedługo potem objął pracę w Taignmonih. W kwietniu 1830 r. J. Muller przyjął chrzest święty według Słowa Bożego (Dz, Ap. 8, 36-38 i Rzym. 6, 3-5). W październiku dożył tego, co jest napisane w Przyp. Salomona 18, 22: "Kto znalazł żonę, znalazł rzecz dobrą i dostąpił łaski od Pana".
W r. 1832 Muller przybył do Bristolu i tu miał pierwsze kazanie w kaplicy Gedeonowej. Od tego czasu był ściśle związany z tym miastem prawie przez 66 lat. Praca Mullera i H. Cracka, jego przyjaciela, była wielce przez Pana błogosławiona. Musiano otworzyć nową kaplicę; nazwano ją "Bethesda". Tłumy ludzi szukały drogi zbawienia; mało było im czterech godzin do usługi Słowem Bożym. W lutym 1833 r. J. Muller zaczął studiować życie swego rodaka, Augusta-Hermana Frankego, założyciela sierocińców w Halle. W dniu 12 lipca 1833 r, o godzi nie ósmej rano Mulier wyszedł na ulicę wołając biedne dzieci do siebie, rozdał im na śniadanie chleb. 5 marca 1834 r. ogłoszono na jawnym zebraniu projekt założenia zakładu dla sierot, o celu i poniższych zasadach:
1.Każdy wierzący zobowiązany jest i ma przywilej popierać dzieło (miłosierdzia).
2. Nie szukać życzliwości świata lub być od niego zależnym i nie szukać u niego poparcia.
3. Popierać pracę misyjną i inne prace na niwie Pańskiej, zgodnie z Pismem Świętym.
Zakładając wielkie sierocińce, Muller miał dwa szylingi w kieszeni, ale w sercu swoim miał Jezusa Chrystusa, a w co dziennym życiu - ustawiczną modlitwę. Rezultatem głębokiej wiary i modlitwy Mullera było otrzymanie środków na zbudowanie sierocińców i wyżywienie sierot w ciągu 60 lat, bez ogłaszania swoich potrzeb ludziom. Przez okres 60 lat dzieci nie były ani razu bez posiłku. Były czasem chwile, kiedy zbliżała się godzina posiłków, że nikt nie wiedział skąd przyjdzie pożywienie. Pan zawsze jednak posyłał je we właściwym czasie. Pan nigdy się nie spóźnił, Przez wszystkie dni opieki Mullera nad zakładami, dzieci miały zawsze żywność, odzież, pomieszczenie i naukę. Ze wszystkimi swymi potrzebami przychodził do Jezusa Chrystusa. Ufał Bogu. Im bardziej wiara jego była ćwiczona, tym stawała się silniejsza. Muller w ciągu tygodnia potrzebował na utrzymanie 2.000 dzieci - 600 funtów. Bóg tak kierował, że otrzymywał więcej!
W chwili śmierci Mullera suma dochodów wynosiła 1 milion 500 tys. funtów. Większa część tego została przekazana na sierocińce. Z funduszów, które otrzymywał - było wspieranych 120 tys. osób; rozpowszechniono 282 tys. Biblii, 1.500.000 Nowych Testamentów oraz 112.000.000 książek religijnych, broszur i traktatów.
W wieku siedemdziesięciu lat Muller rozpoczął swoje wielkie podróże misyjne. Przebył on 260.000 mil, jeżdżąc po całym świecie i głosząc Ewangelię. Podróże jego trwały do 90 roku życia. Przypuszcza się, że w czasie swej pracy ewangelizacyjnej Muller przemawiał do 3 milionów ludzi. Ostatnie 6 lat przebywał Muller w Bristolu doglądając sierot.
W nocy 10 marca 1898 r. upodobało się Bogu powołać wiernego sługę do Siebie. .
Jerzy Muller, podobnie jak Enoch, chodził z Bogiem. Muller był człowiekiem wiary, który szczerze i poważnie modlił się ucząc ufać Bogu w każdym czasie.
14 marca 1898 r. za trumną szło 10.000 ludzi. W usłudze duchowej nad grobem przewodnim Słowem był List do Żydów (13, 9, 8).
"Wspominajcie o przewodnikach swoich, którzy opowiadali wam Słowo Boże, a patrząc na koniec ich życia, wiarę ich naśladujcie. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, tenże i na wieki".
To, co Pan uczynił przez Mullera, rozbrzmiewa do dziś w każdym kraju. O, jak bardzo potrzeba w naszych czasach ludzi, którzy poważnie i szczerze modlą się o to, aby okazały się owoce ich wiary. Muller wypowiedział takie słowa pracując dla Pana: "Pamiętaj że tam, gdzie kończy się nasze widzenie naturalnej podstawy do oczekiwania pomocy, tak długo wiara nie ma tutaj swobody działania, jaką posiada wtedy, kiedy wszelkie oczekiwania okazują się próżne". Wspomnijmy tutaj Abrahama (Rzym. 4, 18).
Pan używa sposobów, abyśmy się nauczyli opierać naszą ufność nie na własnych uczuciach lub na czymś widocznym, jak to skłonni jesteśmy czynić, ale na Jego Słowie. Pan Jezus jest i dzisiaj ten sam, jak mawiał potrzebującemu mocy Bożej: "Ufaj! Wstań! woła cię..." (Mk. 10, 49b).
Autor :Jerzy Ratz

Brak komentarzy:

Łączna liczba wyświetleń