sobota, 20 listopada 2010

William Bramwell - APOSTOŁ MODLITWY



Gorliwa młoda chrześcijanka miała właśnie odpłynąć z Lwerpool na Jamajkę, aby odwiedzić swoich przyjaciół. W tych czasach podróżowano żaglowcami. Podróż miała być długa i najeżona niebezpieczeństwami. Postanowiła odwiedzić wielebnego Williama Bramwella, bardzo cenionego w mieście kaznodzieję Metodystycznego i poprosić go o błogosławieństwo i powierzenie jej Bożej opiece. Kaznodzieja przyjął ją łaskawie i modlił się gorliwie w jej sprawie.
Kiedy powstał ze swoich kolan, wykrzyknął stanowczo: "Moja droga siostro, nie możesz jutro jechać. Bóg mi właśnie powiedział, że nie możesz jechać". Niewiasta była zdziwiona, rozczarowana i z pewnością zdezorientowana, ponieważ wszystko było już zaplanowane. Jednakże nie ośmieliła się zignorować ostrzeżenia człowieka, o którym wiedziała, że jest blisko Boga. Tak więc, jakkolwiek nie na rękę jej to było, pozwoliła mu towarzyszyć sobie w drodze na statek i odebraniu swojego bagażu.
"Tajemnice Boże jawne są przed tymi, którzy się Go boją"Boży sługa zbyt często przebywał w obecności Pana, aby mógł nie zauważyć boskiej wskazówki. Sześć tygodni później do Anglii dotarła wiadomość, że statek zatonął wraz ze wszystkimi pasażerami, jacy byli na pokładzie.

William Bramwell urodził się w lutym 1759 roku w wiosce Elswick w pobliżu Preston w hrabstwie Lancashire. Był członkiem dużej rodziny. Jego rodzice byli wiernymi wyznawcami Kościoła Anglikańskiego i próbo wali wychować swoje dzieci zgodnie z surowym kodeksem moralnym.

Kiedy William miał piętnaście lat i został czeladnikiem garbarza, wyszło na jaw jego umiłowanie prawdy. Poproszony przez swego pracodawcę o potwierdzenie przed ważnym klientem wartości pewnego towaru, chłopiec odrzekł bez ogródek: "Nie, proszę pana, jakość tej skóry nie jest tak dobra, jak pan to przedstawił". Nie wiemy jak zareagował szef, lecz ten i podobne mu przypadki spowodowały, że chłopiec miał reputację bez względnie prawdomównego.
Jednak taka postawa przed ludźmi nie wniosła do jego serca pokoju. Był grzesznikiem i wiedział o tym aż nazbyt dobrze. Był trzeźwo myślącym młodzieńcem i wiernym chodzeniem do kościoła oraz dobrymi uczynkami starał się zasłużyć na zbawienie. Umiłowanie moralności spowodowało, że ten młody człowiek odwiedzał oberże i karczmy, aby przekonywać najbardziej zdeprawowanych ludzi do porzucenia swego rozpustnego życia. Jednak w głębi jego serca szalała burza, gdyż nieustannie nękały go wybuchy gniewu i wspomnienia przeszłych grzechów. Cielesne umartwianie, tak jak klęczenie nagimi kolanami na piasku, przypominają nam średniowiecznych zakonników.

Przez jakiś czas William próbował zrozumieć katolicyzm, lecz wkrótce powrócił do Kościoła swoich ojców. Całe godziny spędzał w atmosferze i pozycji modlitwy, będąc szczególnie pobożnym przed przyjmowaniem sakramentu w swym kościele. Bóg widział jego głód i w trakcie odprawiania ceremonii odpowiedział na jego wołanie. W jednej chwili otworzyła się przed nim droga zbawienia przez wiarę w Chrystusa i William znalazł przebaczenie i pokój.
Nie mając żadnego duchowego przewodnika i będąc nieświadomym sztuczek szatana, młody Bramwell dołączył do grupy śpiewaków kościelnych. Ludzie ci byli jedynie nominalnymi chrześcijanami i nie stronili od spotykania się w karczmach. Lekkomyślność i świeckie rozrywki wkrótce zaczęły wywierać swój niszczycielski wpływ na młodego nawróconego. Stracił poczucie przebaczenia grzechów.

Kiedy młody kaznodzieja ze zboru Metodystów zaprosił go do wzięcia udziału w nabożeństwie, kategorycznie odmówił. Na temat tej sekty słyszał same złe rzeczy, a jego ojciec uważał ich za zwodzicieli i wilków w owczych skórach. Jednak później, słysząc pewną katoliczkę obmawiającą Metodystów, przyszło mu na myśl, że to oni są prawdziwymi naśladowcami pogardzanego Mistrza, a opozycja szatana i świata jedynie dowodziła ich prawdziwości.

Na pierwszym nabożeństwie, w którym uczestniczył, obecnych było tylko kilku pokornych ludzi. Jego serce było rozgrzane. Oto, co powiedział na temat kazania: "To jest zwiastowanie, które od dawna pragnąłem usłyszeć. To są ludzie z którymi postanowiłem żyć i umrzeć".
Wkrótce po tym małą grupkę odwiedził ich założyciel, John Wesley. Tej nocy Bramwell ponownie znalazł utracony wcześniej pokój i od tej chwili mógł nieustannie chodzić w świetle Bożego oblicza. Wyraźnie odczuwał jednak potrzebę głębszej pracy w swym sercu. Jego uczynki i wiele czasu spędzonego w obecności świętego Boga objawiły mu skażenie jego naturalnego serca.

Sposób, w jaki poszukiwał i znalazł upragnione zwycięstwo, najlepiej opisuje on sam:
"Przez jakiś czas byłem przekonany o potrzebie czystości i poszukiwałem jej ze łzami, usilnie i ofiarnie, nie zważając na to, jak wiele mogę wycierpieć, aby zyskać tę drogocenną perłę. Jednak nie znalazłem jej, ani też nie znałem przyczyny, dla której tak się działo, aż do momentu, gdy Pan pokazał mi, gdzie zbłądziłem na drodze do jej szukania.
Nie szukałem jej przez samą wiarę, lecz także poprzez 'uczynki zakonu'. Będąc świadomym swojego błędu, szukałem błogosławieństwa przez samą wiarę. Odpowiedź wciąż się odwlekała, lecz ja czekałem na nią z wiarą. Kiedy byłem w domu swego przyjaciela w Lwerpool i siedziałem, rozmyślając o swoich sprawach i planach na przyszłość, a moje serce wznosiło się do Boga, niebo zstąpiło do mojej duszy. Pan, na którego czekałem, przyszedł nagle do świątyni mego serca i otrzymałem natychmiastowy do wód, że jest to błogosławieństwo, którego od jakiegoś czasu szukałem. Moja dusza była pełna podziwu, miłości i chwały"

Podczas piętnastomilowej pieszej podróży do miejsca, w którym miał tej nocy usługiwać, nieprzyjaciel szeptał mu przez całą drogę: "Nie głoś uświęcenia, bo je stracisz". Jednak Pan zwyciężył i podczas swojego kazania Bramwell śmiało opowiedział ku chwale Bożej jak wielkie rzeczy Pan uczynił w jego duszy.
Był to początek jednej z najwspanialszych przyjaźni z Bogiem, o jakich możemy przeczytać. Pozbawiony wszelkiego zaufania sobie samemu, Bramwell uświadomił sobie, że nie ma żadnej świętości bez życia w ciągłej społeczności z jego Niebieskim Ojcem. Dwie wielkie pasje dosłownie go po chłonęły. Pierwszą z nich było nieustanne przebywanie w Bożej obecności."Oddaję się modlitwie", powtarzał cały czas w swoich listach i wydawnictwach.
Razem z tym głębokim umiłowaniem Bożej obecności przyszło wielkie pragnienie, aby grzesznicy dostąpili zbawienia. Modlitwa, modlitwa i jeszcze raz modlitwa o dusze ludzkie poprzedzała intensywną pracę w wielu okręgach północnej Anglii. Spanie, jedzenie, zdrowie - wszystko to poświęcał dla tych dwóch wielkich pasji.

Kiedy Bramwell miał dwadzieścia osiem lat, poślubił pannę E. Byrom. Niewiele wiemy o jego życiu rodzinnym, jednak przynajmniej dwoje dzieci, syn i córka, byli owocem błogosławieństwa tego związku. Jego listy do córki Anny pełne są ojcowskiej miłości i zachęcenia.

Jego pierwszym miejscem pracy było Blackburn, potem Colne i tak da lej, aż do Dewsbury. Na temat jego służby w Dewsbury, w hrabstwie Yorkshire, napisano:
"Oddawał się nieustannej modlitwie o wylanie Ducha Świętego w każ dym czasie. W swej pracy szukał pomocy wszystkich, którzy chcieli zjednoczyć się z nim. Organizował spotkania modlitewne o piątej rano. Takie wy siłki nie mogły pójść na marne".
Bramwell wspomina:
"Kiedy modliłem się w swoim pokoju, otrzymałem od Boga odpowiedź w szczególny sposób. Zostało przede mną odkryte przebudzenie, jego charakter i rezultaty. Nie miałem więcej wątpliwości. Cały mój żal minął. Mogłem powiedzieć: 'Pan przyjdzie. Wiem, że On przyjdzie i to nagłe.' I rzeczy wiście, wkrótce dokładnie tak się stało".
Po dwóch tygodniach odwiedzania różnych społeczności w okręgu Sheffield, napisał:
"Po dokładnym przeszukaniu, nie znalazłem ani jednej osoby, która by znała zalety oczyszczającej krwi Chrystusa. Odczułem jednak dużą dozę przyjaźni i wydaje mi się, że ludzie przyjmowali mnie z szacunkiem. Widziałem jak prawie dwadzieścia osób zostaje wyzwolonych. Wierzę, że powinno być ich znacznie więcej, lecz nie mogę znaleźć ani jednego, który chciałby wstawiać się za nimi w modlitwie. Jest wielu dobrych ludzi, lecz nie znalazłem nikogo, kto zmagałby się z Bogiem.
Módl się, abym mógł widzieć Jego rękę odkrytą w tym miejscu. Po dwunastu godzinach westchnień i wielu innych zabiegów, Bóg otworzył ślepe oczy. Nigdy nie widziałem bardziej wyraźnego objawienia się mocy Bożej".

W czasie pierwszego roku jego pracy w tym okręgu do Społeczności dołączyło tysiąc dwieście pięćdziesiąt członków. Przenosząc się do Nottingham, ten człowiek modlitwy napisał:
"Jestem całkowicie bezsilny; zaprawdę, widzę, że nic innego nie pomoże, oprócz ciągłego polegania na Jego miłosierdziu i życiu tym. Jakże wielka głębia miłosierdzia! Tym, co doprowadza duszę do chwały jest nieustanna modlitwa."
Później, w tym samym mieście, powiedział:
"Poprzez nieustanną modlitwę chcę żyć bliżej Boga niż do tej pory, a On kieruje moją duszę ku bliższej jedności. Żyję z Jezusem; On jest dla mnie wszystkim. W Jego oczach jestem mniej niż nikim. To chodzenie z Bogiem, ta rozmowa w niebie.1 Jakże jestem zawstydzony! Zanurzam się w cichej miłości. Zastanawiam się, jak Pan mógł ze mną tak długo wytrzymywać. Nigdy nie widziałem mojej przyszłości z Bogiem tak jasno. Modlę się, abym każdą chwilą swojego życia mógł oddawać Jemu chwałę."
Czy jest w tym coś dziwnego, że podczas pobytu Bramwella w Nottingham liczebność Społeczności podwoiła się?

W Leeds powtórzyła się ta sama potrzeba, to samo wstawiennictwo, to samo błogosławieństwo. Następnym miejscem jego pracy było Hull. Bramwell pisze:
"Przeżyłem trzy tygodnie w agonii, lecz teraz widzę, że Pan działa. Ostatnio po każdym moim kazaniu widzę owoce mej pracy. Pan zbawia dusze".
Podczas pobytu w Hull, przyjaciel zaoferował mu korzystanie z dużego salonu, którego okna wychodziły na Humber. W tym pokoju spędzał czas na modlitwie i wyciszeniu. Jego gospodarz tak opisał wizyty swojego gościa: "Miał zwyczaj częstego przebywania w tym miejscu i spędzał tu dwie, trzy, cztery, pięć a czasami sześć godzin na modlitwie i rozmyślaniu. Często wchodził do pokoju o dziewiątej rano i nie opuszczał go aż do trzeciej po południu. Przypuszczam, że dni, w których jego wizyty były najdłuższe, były ustalonymi dniami postu. W takich przypadkach odmawiał jakiegokolwiek posiłku i kiedy wchodził, zwykł był mówić: 'Teraz nie zwracajcie na mnie uwagi.' "

Bóg wykonał wspaniałą pracę poprzez Swego sługę także w Sunderland i możemy być zdumieni, kiedy czytamy następujące słowa:
"Jak to jest, że dusza ma tak wielką wartość, Bóg jest tak wspaniały, wieczność tak bliska, a my tak powoli posuwamy się naprzód? Może ktoś mi na to odpowie. Nigdy nie byłem tak bardzo poruszony Słowem Bożym jak obecnie. Prawda, głębia, obietnice, to wszystko dosłownie mnie pochłonęło. Zagubiłem się w podziwie i chwałę. Moja dusza odnajduje swe miejsce w Chrystusie w Jego błogosławionej Księdze. Jego własne słowa dotykają się mnie szybciej niż kiedykolwiek. Mógłbym czytać, płakać, kochać i cierpieć! Tak, mógłbym wszystko przecierpieć, aby przez to Go zobaczyć.
Usprawiedliwienie jest wspaniałe; oczyszczenie jest wspaniałe; lecz czym że jest usprawiedliwienie lub oczyszczenie w porównaniu z tym zagłębie niem się w Nim? Świat i głosy samego siebie odchodzą, a umysł nosi znamię Bożego obrazu. Mówisz, chodzisz i żyjesz, czyniąc wszystko w Nim i dla Niego, trwając w modlitwie i wszystko zwracając w stronę Chrystusa w każ dym domu i w każdym towarzystwie."

Jednak ten święty mąż Boży nie był wolny od palących konfliktów, których wszyscy doświadczamy.
"Widzę w zewnętrznym człowieku największą potrzebę czystości. Utrzymanie tego wymaga ciągłej modlitwy, czuwania i patrzenia na Chrystusa. Chodzi o to, aby dusza ani na chwilę nie odwróciła się od Niego; abym uwzględniał Go we wszystkich swoich działaniach, chwytał Go jak narzędzie, za pomocą którego wykonuję całą swoją pracę i odczuwał, że bez Nie go nic się nie dzieje.
Szukanie człowieka, świata, siebie samego, lub własnej chwały jest dla mnie teraz tak niezrozumiałe, że zastanawiam się, czy jeśli mamy udział w którejś z tych rzeczy, nie jesteśmy wszyscy martwi. Zawsze wiem, kiedy zasmucam mego Pana; Duch mówi mi o tym z wewnątrz. Czynienie zła w świetle dnia jest wielkim grzechem. Moja dusza jest podatna na lenistwo i zapewniam was, że muszę się napracować, aby utrzymać całą prędkość'."

Do innej osoby napisał z Sunderland:
"0 jakże szatan będzie cię kusił, abyś w te chłodne poranki pozostał w łóżku, podczas gdy ty powinieneś zaangażować się w modlitwę i studiowanie Słowa każdego ranka o piątej lub wcześniej. Czyniąc tak, będziesz doświadczał wspaniałych rzeczy z Bogiem, ze Słowem, ze swoją duszą i swoją rodziną! Powstań, mój drogi bracie, wkrótce odejdziesz!"

Oto radą, jaką Bramwell udzielił młodemu kaznodziei:
"Może tobie przeznaczone jest rozsiewać święty ogień, kiedy ja będę w Chwale? Jestem przekonany, że musimy dużo więcej się modlić o większe cele. Każdego dnia otrzymuję od Boga w tym względzie większą porcję dobra. Nigdy nie odczuwałem większej potrzeby nieustannej modlitwy."

Przez cały czas kładzie nacisk na wczesne wstawanie. Naprawdę nie jest tajemnicą, dlaczego ten człowiek miał taką moc przed Bogiem i ludźmi.
"Czy wstajesz każdego ranka o czwartej? I aby móc tak czynić, czy udajesz się na spoczynek, skoro tylko zakończysz pracę i spożyjesz posiłek, czy też siadasz i gawędzisz z ludźmi? Oddaj się modlitwie i czytaniu. Powiadam ci, oddaj, oddaj się tym rzeczom. Czy nigdy nie spędzasz w towarzystwie więcej niż godzinę naraz? Kiedy jesteś w towarzystwie, czy wszystko co robisz, jest pożytkiem - czy kieruje cię to w stronę religii?"

Autor jego biografii mówi: "Kilku z jego przyjaciół, z którymi mieszkał, świadczyło, że kiedy rankiem opuszczał swój pokój i schodził na śniadanie, jego włosy były zroszone potem, tak jakby wykonywał ciężką pracę fizyczną. Takie wysiłki miały swoje naturalne skutki i zmagający się Jakub stał się zwyciężającym Izraelem."
Kiedy zbliżał się koniec jego ziemskiej służby, tempo jego życia modlitewnego i pracy znacznie się zwiększyło. Oto co pisze na temat swojego ostatniego zadania:
"Muszę ci powiedzieć, że teraz jestem bardziej oddany modlitwie niż kiedykolwiek. Czuję, że jestem na progu wieczności i jestem świadomy, że kiedy odejdę, nie będę mógł niczego zmienić. To daje mi wiele do myślenia, pracuję z całą siłą.
Wybacz mi, kiedy mówię, że moje życie jest teraz modlitwą. Ciągle od czuwam potrzebę modlitwy i mogę żyć tylko wtedy, gdy wypełniam ten obowiązek. Mam nadzieję, że choć nieobecny ciałem, dołączysz się do mnie. Jeszcze chwila i On przyjdzie. Ty i ja wkrótce odejdziemy."

U schyłku swego życia, ten człowiek modlitwy wystąpił z bardzo trafny mi uwagami, które z równym powodzeniem mogą być zastosowane we współczesnym Kościele.
"Przyczyną, dla której większość Metodystów nie trwa w zbawieniu, jest zbyt wiele spania, zbyt wiele jedzenia i picia, zbyt mało postu i samozaparcia, zbyt wiele rozmów ze światem, zbyt wiele głoszenia i słuchania, a zbyt mało modlitwy i kontroli siebie samego.
Wielu Metodystów spędza teraz cały Sabat w miejscach publicznych i, gdyby nawet słuchali tam zwiastowania aniołów, i tak odeszliby od Boga. To zdumiewające, w jaki sposób diabeł nas oszukuje, w tym samym czasie napełniając na chwilę nasze umysły i opróżniając nasze serca.
Co mamy robić? W jaki sposób możemy powrócić? Czy możliwe jest sprowadzenie ciała z powrotem na tę samą drogę? Nie boję się. Czasami prawie tracę nadzieję. We wszystkich kościołach, aż do dnia dzisiejszego, szatan używał zewnętrznego blasku do zaciemnienia wewnętrznej chwały. Czy jest już za późno, aby zobaczyć, poznać i zrozumieć pokusy diabła?"

William Bramwell zmarł w Leeds, w czasie gdy Konferencja Metodystyczna miała się ku końcowi. Podczas ostatniej nocy swego życia, powiedział do grupy przyjaciół: "Mam urażenie, że w ciągu dwóch lub trzech miesięcy jeden z nas odejdzie". Po powrocie do swego pokoju słyszano, jak modlił się z wielką gorliwością. Potem znów o drugiej w nocy rozmawiał z Bogiem. Schodząc na dół pół godziny później, powiedział do służącej, która tam się znajdowała: "Chwała Panu! Bogu niech będzie chwała!" Za nim wyszedł z domu, modlił się z nią, a wkrótce potem dwaj policjanci znaleźli go w pobliżu w bardzo ciężkim stanie. Posyłając jednego z nich po pomoc, wyszeptał: "Pośpiesz się, nie zostanę tutaj długo". W taki sposób odszedł, aby być ze swoim cudownym Panem, z Którym miał społeczność przez tak wiele lat. Ten drogi mąż Boży nie miał jeszcze sześćdziesięciu lat, lecz jakże wielki spadek pozostawił potomnym od tego dnia aż do dzisiaj!

Tymi, którzy wywarli największy upływ na tę skażoną grzechem ziemię, byli mężowie i niewiasty modlitwy.
    D. L. Moody


Pośród różnych sposobów pomocy w rozwiązaniu teraźniejszego kryzysu świata, nic nie jest tak ważne, jak władanie mocą modlitwy. Ważniejszy niż najbardziej usilne myślenie, ważniejszy niż osobiste spotkanie w celu przekonania jednostki, ważniejszy niż przemawia nie do tłumów i manipulowanie nimi daleko ważniejszy niż te i wszelkie inne formy działalności, jest akt ustępowania w żywą społeczność z Bogiem.

Ci, którzy spędzili wystarczającą ilość czasu w społeczności z Bogiem, aby uświadomić sobie całkowite poleganie na Nim, za mienią cielesną energię na moc Bożą... Prawdą jest, że ten, komu szkoda czasu na modlitwę, nie będzie go miał. Ten, kto wykorzystuje swój czas na społeczność, znajdzie go ponownie z błogosławieństwem, mocą i urodzajem.
John R. Mott

Brak komentarzy:

Łączna liczba wyświetleń